poniedziałek, 1 listopada 2010

Norwesko cz. 3



O spaniu, jak dla mnie, nie było od razu mowy. Bałam się, że ktoś wejdzie, że przyjdzie dyrektor akademika i nas wyrzuci, że nas ktoś okradnie i że krzyki zza ściany nigdy nie ucichną. Błąd. Cinek wszystkich uspokajał, część wysłał do swoich pokojów spać, a panią portierkę, która pojawiła się po konkursie zdzierania gardła, w przepięknym stylu odesłał na dół do obowiązków służbowych i szydełkowania. Nawet jeden kolega, szukając jakiegoś abstrakcyjnego przedmiotu w pokoju, w którym spaliśmy, uderzając głową o kant łóżka(!), zdążył przeprosić, że przeszkadza. Część nocy przeleżeliśmy, część przespaliśmy, a rano obudził nas gospodarz na wielkim kacu, pytając, czy ma nam zrobić kawę. Rozczulające. Wymieniliśmy się telefonami (tzn. ja, Ewa z Cinkiem, od chłopaków o dziwo nie chciał...) i ruszyliśmy zdobywać świat, jak mówi Daniel.
Gdynia o 6 rano nie należy do najbardziej budzących zachwyt miast, ale ma swój urok i tchnie duchem miasta budzącego się z długiego komunistycznego sny. Jadąc jej ulicami, zastanawiałam się, co tak naprawdę urzeka mnie w tym portowym, brudnym mieście. raz, dwa, trzy i wiedziałam. Gdynia rankiem 1-go lipca wyglądała zupełnie jak Tychy, jak dom.
Dobry znak. Cudownych znaków było przecież więcej, jeszcze przed wyjazdem. Przypomniałam sobie ostatni wieczór w Tychach. Spakowane walizki, zakupy zakończone i nagle oboje z Danielem chcieliśmy wyjść na spacer. Takie małe pożegnanie. Dziwnym zbiegiem okoliczności zawędrowaliśmy pod hotel. Wracając, nadepnęłam na obrazek ze św. Krzysztofem i drugi z papieżem. Nie trzeba było mi więcej - cud! Taki odpustowy cud, w sam raz na podróż. I to nic, że na pasach spotkaliśmy sprawcę tego cudu - całego szczęśliwego, alkoholowo, rozdającego naokoło komu popadnie obrazki o cudownej mocy... Wyrzuciliśmy z głów jego obraz i odtąd mogliśmy wszystkim wystraszonym naszą podróżą opowiedzieć o opiece jaką nad nami sprawują święci... lub pan spod hotelu, ale ciiii...
Ale dość tych wspomnień. 6 rano, Gdynia, dworzec główny. Szukamy z Danielem kantoru i nasze miny rzedną, gdy okazuje się, że kurs korony jest niższy niż przypuszczaliśmy. Nie ma wyboru, za godzinę odprawa, wracamy do auta przez niezwykle ruchliwą, jak na tę porę dnia, ulicę. Szukamy drogi do terminalu samochodów osobowych w gdyńskim porcie i aż śpiewać się chce "gdy nad gdyńskim potem zaświeci nam słońce po długim, zimowym śnie. Rozkwitną znów białe żagle u rej, wietrze wiej im o hej!", ale zamiast żagli za drogowskazy służą nam żelazne żurawie, potężne i pełne majestatu.
Jest oto i nasz terminal, ale jesteśmy za wcześnie. Z akademika wyruszyliśmy bez śniadania i co jemy? Chleb tostowy z pasztetem - moje i Michała wczorajsze zdobycze. Nagle okazuje się, że Daniela nie ma. Jak to kot, odszedł i nic nikomu nie powiedział. Wkurzyłam się, nie ukrywam. Ładny początek. Powinniśmy się trzymać razem, bo przecież wszyscy mamy tylko dobrą minę do złej gry, ale nikt nie ma pojęcia co nas czeka, a jego nie ma. Widzę go, przechodzi przez ulice i idzie w stronę stacji benzynowej. Pewnie kupi papierosy, a chciał rzucać... Tylko na niego nie naskocz głupia - myślę, ale po jego powrocie co robię? Oczywiście robię mu wymówki, eh.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...