czwartek, 29 września 2011

czwartek, 22 września 2011

Dziennik pokładowy - reaktywacja

Rano dzień zapowiadał się pięknie, i rzeczywiście - oto zbliżał się wieczór, a my zwiedziliśmy nieśpiesznie dwie miejscowości Risor i Kragero. Życie jest piękne! - chciało się krzyknąć. A dopowiedzieć: I do tego nie pada deszcz! W drodze do Larvik, znowu mijając piękne fiordy, zatrzymaliśmy się na parkingu. W końcu parking położony był w jakimś widowiskowym miejscu - nad samą wodą. Gałęzie drzew niemal dotykały lustra wody. Na powierzchni pływały kwiaty, Daniel żartował, że jak Karol Strasburger odzieje się w biały garnitur i pójdzie po kolana w mule po nenufary. To nic, że nie było białego odzienia w naszych kufrach, to nic, że na powierzchni wody nie pływały nenufary, to nic. I tak było wesoło.



Tak nam się spodobało w tym miejscu, że zrobiliśmy, choć to za dużo powiedziane (zrobił je najlepszy fotograf - samowyzwalacz), zdjęcie. Niedobre, wręcz tragiczne, ale pamiątkowe, na które po czasie patrzy się z sentymentem. Słońce nadal było wysoko, pomimo późnej pory. Zaczytywałam się w przewodniku na temat Larvik, mapy nie trzeba było studiować - trasa prosta jak strzała, dzieliło nad od miejsca docelowego zaledwie 30 kilometrów. Takich wakacji chcieliśmy - bez pośpiechu, bez "musimy", bez zaplanowanych noclegów, bez, bez, bez...

Wjechaliśmy do Larvik i od razu poczułam, że panuje tu inna atmosfera. Była godzina 18, a na ulicach pustki, no może przesadzam, ale ludzi było niewielu. Budynki jakby biedniejsze, sklepów na pierwszy rzut oka nie było widać. Zatrzymaliśmy się w punkcie informacji turystycznej, dowiedzieliśmy się, że jedyne warte zobaczenia miejsca znajdują się na półwyspie, w starej części miasta.



Zaparkowaliśmy na nabrzeżu - nie było parkometrów, samochody były już trochę gorszej jakość niż dotychczas, pomiędzy nimi przechadzali się muzułmanie. Patrzyli na nas dziwnie, spoglądali na motocykl, na tablice i znowu na nas - muszę przyznać, że nie czułam się komfortowo i choć staram się nie oceniać ludzi po pozorach, bałam się. Z torby zabraliśmy tylko aparat i dokumenty z pieniędzmi i ruszyliśmy w stronę olbrzymiego żaglowca. Statek musiał niedawno zacumować, ponieważ załoga - młodzież z Niemiec - uwijała się jak w ukropie, aby szybko pozwijać liny, zrobić klar na pokładzie i oddać się uciechom nastoletniej wolności na obczyźnie.



 Pomost, a raczej długie molo wychodzące w morze, przy którym stał żaglowiec, przypominało mi miejsce widziane w jakimś amerykańskim filmie z Sandrą Bullock - zabijcie, nie pamiętam jakim. Stały na nim ławki piknikowe, mały drewniany domek i masz z norweską flagą. Spotkaliśmy tam starszego Norwega, który zapatrzony w fale, kontemplował ciszę przerywaną jedynie pokrzykiwaniem mew.


Na końcu pomostu była grupka młodzieży. Jakie było nasze zdziwienie, gdy okazało się, że czekają na koleżanki. Co w tym dziwnego? Dziewczyny, na oko 14-15 lat, nie nadchodziły od strony lądu, a... płynęły z wielkiej odległości ku nam. Aby je uchwycić na zdjęciu, musiałam zmienić obiektyw. Jedno, że odległość była zabójcza, drugie, woda była okropni zimna, wiał nieprzyjemny wiatr, a dziewczyny, jakby nigdy nic, dopłynęły do nas, przywitały się ze znajomymi i nonszalancko owinięte w ręcznik zmierzały na ląd. Długo nie mogłam wyjść z podziwu dla tego zahartowanego narodu.



Idąc w kierunku starej części miasta - jedynego polecanego turystom kawałka Larvik - chcąc, niechcą spojrzeliśmy na nasz motor. Nic mu nie dolegało,a  podejrzane towarzystwo poszerzyło się o kilku... Polaków. Tych mówiących kur... ja pier... i inne takie. Nie odezwaliśmy się, bo wyglądali jakby szukali zaczepki. Stara część miasta była - po krótce mówiąc, ładna. Nic specjalnego, nic wielkiego, ale coś w sobie miała. Te kilkanaście drewnianych, zabytkowych domów zrobiło na nas olbrzymie wrażenie - sposób ozdabiania był tu zupełnie inny niż dotąd widzieliśmy w innych częściach Norwegi. Największą przyjemność sprawił nam nieplanowany koncert organowym w starym kościółku.



Oglądając budynek z zewnątrz, usłyszeliśmy nagle znane takty muzyki organowej. Przylgnęliśmy uszami do drzwi i słuchaliśmy dźwięków, które ostro urwały się ze strun instrumentu. Próbowaliśmy wejść, ale drzwi były zamknięte. Przez chwilę myślałam nawet, że to czary, ale z krainy marzeń wyrwał mnie nagle obraz samochodu należącego do tego tajemniczego organisty, który mówił tylko jedno - on kocha grać, to jest pasja, a nie zawód. Przed nami stał kabriolet mercedes. Ot Norwegia! Od razu przypomniałam sobie moją koleżankę z pracy w hotelu w Alesund, którą poznałam trzy lata temu. Sprzątaczka, tak jak i ja, a jeździła do pracy BMW kabrioletem, nówką. Na pytanie, po co pracuje, skoro widać, że jest bogata, odpowiedziała szczerze - żeby mieć z kim poplotkować...

Przy nabrzeżu w starej części znaleźliśmy restaurację, w której ceny były zadziwiająco wysokie, w środku słychać było tylko Norwegów, a przed wejściem nie stały drogie samochody, a rzucone po prostu rowery. Rowery! I dobra restauracja - a to ci naród. Chwilę później okazało się, dlaczego ceny były zaporowe. W parku natknęliśmy się na co najmniej trzy grupy polskie i muzułmańskie siedzące na trawie, urządzające sobie piknik lub grilla. W przypadku muzułman były to tylko kobiety z dziećmi, w przypadku Polaków - całe rodziny imigrantów, dla których Larvik, ze swoim portem przeładunkowym, było miastem żywicielem. Nigdzie indziej nie widzieliśmy na ulicach więcej obcokrajowców niż Norwegów.





Po zwiedzaniu postanowiliśmy znaleźć sklep, aby kupić bułki do hot-dogów i parówki. Paskudztwo, ale po caym dniu zwiedzania nagle przyszła nam na nie ochota. Wjechaliśmy do centrum - brudno, szaro, wszystko pozamykane. Nie było przecież tak późno - jakoś koło 19 lub 19 30. Zrezygnowani postanowiliśmy wyjechać na trasę i szukać miejsca na nocleg. Trochę błądziliśmy w Larvik - znaki przeczyły sobie i summa summarum objechaliśmy miasto trzy razy dookoła. Za ostatnim razem znaleźliśmy się na peryferiach. Tu było jeszcze brudniej, jeszcze smutniej, ale... było otwarte Kiwi, nasze wybawienie, sklep. Weszliśmy, a tam znowu sami Polacy.

Dziwnie było usłyszeć tyle osób mówiących po polsku na raz w obcym kraju. Chwyciliśmy co było nam potrzebne, aby sklecić parky v rohliku i podeszliśmy do kasy. Gdy przyszło do płacenia okazało się, że zapomnieliśmy, że cała kwotę wrzuca się do automatu, pomimo że przy kasie jest kasjer lub kasjerka. Stojący za nami rodak przypomniał na o tym za co mu podziękowałam. Daniel na jego słowa stał jak zamurowany. gdy zapłaciliśmy, zapytałam, dlaczego grzecznie nie podziękował za ten objaw sympatii. Odpowiedź była krótka - zaskoczył mnie tym językiem polskim. Bez żalu, a nawet z radością opuszczaliśmy Larvik, które nie zrobiło na nas dobrego wrażenia. Było to pierwsze miasto, które nie było norweskie, pomimo tego, że było w Norwegii.

Pierwszy raz odkąd wyruszyliśmy z Polski mieliśmy szansę rozbić namiot jeszcze w ciągu dnia. Zjeść kolację spokojnie, przy ostatnich promieniach słońca. Poczytać przewodnik, obejrzeć mapę, pogadać. Cud! Miejsca nie szukaliśmy długo. Po dwudziestu kilometrach główną trasą zjechaliśmy w boczną drogę. Przed wioską było rondo, na którym odnoga w prawo wiodła na łąkę porośniętą malinami i wysokimi różowymi kwiatami. Było pięknie. Schowaliśmy się trochę za krzaki. nie było nas widać, a my słyszeliśmy wszystko co działo się wokół.


Był to piątek lub sobota - dzień odprężenia. Za łąką, pod lasem, jakieś 300 metrów od nas norweska młodzież bawiła się w najlepsze na jakimś koncercie country. nawet trochę się bałam, że wracając na skróty, mogą się na nas natknąć, a po alkoholu różne rzeczy przychodzą ludziom do głowy. Zabraliśmy się za przygotowanie upragnionej kolacji, aby podkreślić odświętność chwili - tzn. spożywanie kolacji w słońcu - zrobiliśmy również gorącą czekoladę z proszku. Nie dało się tego pić! Czytaliśmy na zmianę na głos historię Norwegii - rybackiego i rolniczego narodu, który nagle w połowie XX wieku stał się bogaty. Już nawet odgłosy zza łąki nam nie przeszkadzały i ostatecznie spokojnie przespaliśmy nie niepokojeni przez nikogo całą noc.


poniedziałek, 5 września 2011

Z rocznicami tak bywa...

Naszła mnie dziś myśl, że zawsze pamiętamy oboje (ja i Daniel) o dacie, gdy zaczęliśmy ze sobą "chodzić" (osiem lat temu w sierpniu), a zapomnieliśmy o rocznicy naszego ślubu, ktora przypada... dziś ;) Przypomniałam sobie o tym przypadkiem, przy śniadaniu, a potem zadzownili moi rodzice z życzeniami - ale mają pamięć.

Na szczęście oboje mamy podejście dość frywolne do dat, rocznic, urodzin, więc była tylko kupa śmiechu, gdy sobie to uprzytomniliśmy.  Teraz odbębniam co moje w redakcji (i tak jeszcze do 21), a potem, żeby tradycji stało się zadość, jakoś poświętujemy, wszystko w rękach małżonka, który już ma wolne.

PS Dziś, sprzątając garderobę wytarmosiłam z niej moją suknię ślubną - nie potrafię się z nią rozstać i chyba tego nie zrobię. Pieniądze, które mogłabym za nią dostać, rozejdą się pewnie w mig, a tak wisi sobie i cieszy oko ;)

Tak więc moje drogie i moi drodzy, oto my dwa lata temu.


niedziela, 4 września 2011

Dziennik pokładowy, 17 lipca, cz. 3

Krętymi drogami zmierzaliśmy do położonego na wybrzeżu Kragero. Miasteczko już na pierwszy rzut oka miało zupełnie inny klimat - coś jakby porównywać spokojne, dostosowane do potrzeb miejscowych Grasse na południu Francji z turystycznym i znanym na całym świecie Cannes. Czym było Kragero? Na moje oko tym drugim.

Po zaparkowaniu pod kościołem, w którym każdego tygodnia odbywały się inne msze lub spotkania (raz katolicy, raz luteranie, raz spotkania artystyczne...), ruszyliśmy zobaczyć, co kryje się pod taką wdzięczną nazwą.


Klucząc uliczkami, nie mogliśmy się nadziwić, że właśnie taka jest Norwegia - nie znaliśmy jej, nie słyszeliśmy o niej, nie szukaliśmy jej - sama nas znalazła. Oto była już trzecia miejscowość, w której byli właściwie tylko Norwegowie i było ich naprawdę wielu, jak na warunki zaludnienia tego kraju. Parę lat wcześniej, będą na północnym zachodzie ciężko było spotkać człowieka, a gdy się tak zdarzyło, był to przeważnie żądny przygód i dzikiej natury turysta.


A tu? Jakieś norweskie Saint Tropez. Zabudowa miasteczka zmieniała się wraz z dochodzeniem do głównego kanału wodnego. Drewniane, ciasno koło siebie budowane, białe domki, pomiędzy którymi dzieci grały w piłkę, bawiły się w chowanego, zmieniały się z każdym krokiem w murowane kamienice w centrum oraz wielkie sklepy przy samym kanale.


Ale co to były za sklepy... Obok spożywczych marketów (Kiwi, Rema 1000), odpowiedników naszej Biedronki, Lidla, stały ekskluzywne butiki i bardzo drogie restauracje. Najlepszym wyznacznikiem statusu miasta byli jego mieszkańcy ubrani w markowe (bardzo markowe) ubrania - zewsząd wystawały marki i loga YSL, Dior, Versace itp. itd. Wydało mi się to dziwne - Norwegowie, bynajmniej ci, których znam, nie są "szpanerami", powiem więcej - niezbyt zwracają uwagę na to, co na sobie mają - taka prosta filozofia życia, połączenia dresów i sukienki balowej to to, czego się po ich spodziewałam, a tu takie rzeczy... Ale bingo! Po przeczytaniu jednej rzeczy w przewodniku, wiedziałam skąd się taka moda tutaj wzięła. Kragero jest bowiem miejscowością, w której jest najwięcej (tak mówi mój przewodnik) domów letniskowych Norwegów. Łącząc tę informację z bliskością Oslo, mamy wynik - na urlopie trzeba miejscowym "wieśniakom" pokazać, że w Oslo nosi się marki, że w Oslo zarabia się więcej, że będąc na wakacjach trzeba pokazać swój status. I, co ciekawe, nie raziło mnie to - serio. Nonszalancja z jaką noszone były ultradrogie ciuchy, była wręcz rozczulająca - widać było, że nie przywiązują się do tych marek, że je noszą, bo ich stać, a nie dlatego że oszczędzali pół roku, aby coś kupić i obnosić się z tym.

Przysiedliśmy na pomoście łączącym dwie strony kanału - z jednej strony sklepy, z drugiej restauracje. Nie takie zwyczajne, a przystosowane dla klientów przypływających motorówkami. Wystarczyło przycumować do molo i przysiąść się do gotowego stolika. zajęte były wszystkie stoliki - sami Norwegowie. Ceny powalające  aby zjeść obiad z przystawkami i deserem - co najmniej 200 zł za osobę. Standard norweski - zarabiasz w koronach, jesz w restauracjach, jesteś turystą, stołuj się sam.




Przed wyjazdem doczytałam się na angielskim forum podróżniczym, że Norwegia jest jedynym krajem, do którego rozrzutni i leniwi Anglicy przywożą jedzenie, ceny w restauracjach nawet dla nich są nieosiągalne. Posiedzieliśmy na ławeczce, podumaliśmy, wczuliśmy się w atmosferę miejsca. Wiatr łagodnie kołysał przycumowanymi na całej długości kanału motorówkami, słońce wciskało się w szczeliny między deskami na pomoście, ludzie rozmawiali w stylu norweskim (określenie moje na zachowanie: spokojne, stonowane, niezbyt głośne, acz swobodne). Mewy krzyczały nad uchem - żyć, nie umierać. Przyszedł jednak czas, aby zebrać się w dalszą drogę.



Powoli ruszyliśmy inną trasą w stronę motoru. Nie było trudno - kierowaliśmy się w stronę wieży kościoła położonego w najwyższym punkcie miasteczka. Po drodze zwróciliśmy uwagę na jedną rzecz - minęliśmy Vinmonopolet, sklep monopolowy, którego zarządcą i właścicielem jest państwo norweskie. Jest to jedyne miejsce, w którym można kupić trunki mocniejsze niż 4.75% alkoholu. Skąd taki pomysł? Ograniczenie w zakupie jest duże - ilość sklepów w całej Norwegii jest ograniczona (259 - kwiecień 2011), co w rzeczywistości przedstawia się tak, że alkohol można kupić tylko w większych miejscowościach (4 lata temu, aby kupić coś "mocniejszego", tzn. wino, musieliśmy pokonać 40 km do sklepu). Aby zakupić trunki do 22% musisz mieć ukończone 18 lat, aby kupić coś mocniejprocentowego, trzeba skończyć 20 lat. Na zachodzie standardem jest sprawdzanie dowodu przy kasie, w Oslo się z tym nie spotkałam. Jak do tego doszło? Norwegia do lat 60. XX wieku była biednym krajem, którego gospodarka opierała się na rybołóstwie i rolnictwie. Długie zimy sprzyjały rozgrzewaniu się trunkami i w latach 20. pojawił się problem ze zbyt dużą ilością uzależnionych (tak mówią oficjalne strony państwowe) lub zbyt dużą produkcja alkoholu bez akcyzy w domach (tak mówią Norwegowie). Jakby nie było - od tego czasu w  Norwegii trudniej jest z zakupem alkoholu, ale... produkcja domowa nie upadła ;) Sprawdzone!


Okazało się także, że w tym spokojnym kraju pojawiają się kraty. Przeżyliśmy szok - przecież na zachodzie Norwegi nikt nawet domu nie zamykał, na stole przed naszym namiotem stale leżały klucze do samochodu, drogie sprzęty, portfele - to był norweski standard, ale, no właśnie ale - zawsze były kraty w Vinmonopolet i pubach. Dlaczego? Wystarczyłoby raz przejść koło tego drugiego przybytku, a wszystko byłoby jasne - potomkowie Wikingów mają stalowe nerwy, ale gorącą krew po alkoholu. Nagle zaczynają być głośni (sic!), agresywni, hulaszczy... jakby przenieść się na statek i płynąć na podbój Anglii.

Po tym rozważaniach, ostatecznie udaliśmy się drogą przy której rosły czereśnie (mniam) do motoru i ruszyliśmy do Larvik.

piątek, 2 września 2011

Gdy się człowiek nudzi...

... to przychodzą mu do głowy dobre pomysły. Miałam wczoraj cały wieczór dla siebie i co? Zamiast wziąć kąpiel i zaszyć się z książką w łóżku, ja wyszperałam materiały z szafy i do dzieła. Szyło się długo, ale efekt jest dla mnie zadowalający, więcej powiem - duma mnie rozpiera :)

PS Kasia - dlatego właśnie są przestoje w akcji ;)


czwartek, 1 września 2011

Czym jest blogowanie?


Przeglądałam różne blogi - ot z nudy i ze zgrozą stwierdziłam, że "nasz" blogowy świat to często po prostu kopia tego standardowego, werdnego i okrutnego świata pozawirtualnego. O co mi chodzi? Do tej pory czytałam swoje ulubione blogi, wypowiedzi babek, które mogą mnie wiele nauczyć, ktore mają coś mądrego do powiedzenia. Jest tego w sumie (z polskich) jakieś kilkanaście blogów i tylko tam zostawiam komentarze. Gdy mam chwilę, to zaczynam szukać innych inspiracji i tak wczoraj trafiłam na wielką blogową wojnę "najważniejszych" blogów (kto to ustala?) w sieci polskiej - aferę przy wybirze Bloga Roku.

Matko! Ile jadowitych słów w komentarzach, podzielone zdania, pseudomądre słowa. Dżizus... chyba nie po to zakładamy bloga, aby przenosić naszą paskudną mentalność i maniery przestraszonych królików w wielkomiejskim życiu (lub wielkowiejskim), do świata on-line? Odechciało mi się blogowania - po prostu. Okazuje się, że nie potrafię tak. Nawet nie wiedziałam wcześniej, że tak się dzieje...

Bo czym jest dla mnie mój blog, Wasze blogi? Odskocznią, miejscem na pamiętnik, albumem na zdjęcia i wspomnienia - nie ma jednej tematyki. Gdy jest impreza, zamieszczam zdjęcia, gdy coś zrobię, pokazuję, licząc na to, że może komuś spodoba się pomysł i pójdzie to w świat, gdy coś napiszę i bawi to znajomych, myślę, że może bawić również Was. Bez złośliwych komentarzy, bez jadu. Za to z dobrodusznością, bo ja mam bloga po to, aby czerpać od mądrych Polek zaradność, optymizm, pomysłowość i czasami móc się pomartwić, gdy kogoś długo nie ma. To miejsce, w którym z kawą na stole i kotem na kolanach mogę poczytać, pooglądać.

Sporo zawdzięczam temu rokowi z blogiem - złapałam dystansu do życia (ponieważ widzę, że szczęście to rodzina, to chwile, to możliwość pogodzenia się ze stanem zastanym), wyluzowałam, nabrałam pewności w sprawach domowych, dostałam pozytywnego kopa związanego z moimi wyczynami, pisaniną i wiele, wiele, wiele innych.

Dlatego złośliwym anonimom, osobom, które polską kłótliwość uważają za zaletę, dziękuję.

AMEN
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...