środa, 31 sierpnia 2011

Śniadaniowo

Dla Daniel najleosze śniadanie wygląda właśnie tak: 
kawa, ciasto i miłe towarzystwo (ja czy kot na parapecie?). 

Patera jest prezentem urodzinowym od Miśki. Dzięki Miś!





wtorek, 30 sierpnia 2011

Dziennik pokładowy, 17 lipca, cz. 2

Krętymi drogami pomiędzy fiordami wciętymi w ląd dojechaliśmy do Risør. Aby tu się znaleźć, trzeba zboczyć z głównej trasy biegnącej do Oslo i kluczyć wąskimi drogami na półwysep jakieś 11 kilometrów. Aż żal ogarniał, że nie mogę robić zdjęć w trakcie jazdy, gdy mijaliśmy kolorowe domy usytuowane na zielonych zboczach gór, zupełnie jakby ktoś na zielony tort wysypał kolorową posypkę - pysznie! Nie wiedzieliśmy na co patrzeć - z każdej strony było coś ciekawego, pięknego, zaskakującego, jak np. dom wybudowany z drewna, co nie jest zaskoczeniem w Norwegii, ale wyglądający jak barokowy pałac - paskudztwo! Daniel, który nie był zadowolony z a każdym razem, gdy zjeżdżaliśmy z trasy, przyznał później, że to był chyba jeden z ładniejszych odcinków drogi, które w tym rejonie pokonaliśmy. Nie było się gdzie zatrzymać, żeby zrobić zdjęcia, więc wymyśliłam sposób na zapamiętanie tych obrazów. Jak śmiesznie by to nie brzmiało, działa... Widząc coś ciekawego, przypatrywałam się temu prze więcej niż sekundę, następnie mrużyłam mocno oczy, jakbym wzrokiem robiła zdjęcie i co? I działa, do dziś widzę wszystko, jakby stało przede mną. Wiem, wiem, siła umysłu...



Wjeżdżając do Risør, miałam wrażenie, jakby ktoś przeniósł mnie do bajki. Małe, białe, drewniane domki pokryte pomarańczową dachówką. Ani śladu po kamiennych kamienicach, których było sporo w odwiedzanym wcześniej Arendal. Im bliżej centrum, tym piękniej. Okazało się, że odbywa się tu jakiś festyn i trudno było znaleźć miejsce do zaparkowania. Szukając choć skrawka chodnika lub parkingu wielkości 1,5x2 m, dotarliśmy w najdalszy zakątek miejscowości, który - bagatela! - położony był naprawdę niedaleko centrum. Po prostu raj! Tutaj krajobraz wyglądał inaczej. Dotarliśmy do starej fabryki, prawdopodobnie przetwórstwa rybnego. Rdzewiała sobie spokojnie, przez nikogo nie niepokojona. Dookoła walały się deski, ale nie było śmieci - oto widzieliśmy powolne konanie zakładu przemysłowego, takie... naturalne, pozostawione na pastwę losu. Zaraz obok znajdował się parking, na którym stało już dość sporo jak na godzinę 9.30 samochodów. Stanęliśmy przy samym morzu.


Pogoda nadal nas rozpieszczała - słońce paliło niemiłosiernie. Nie przeszkadzało nam to, wręcz przeciwnie - chłonęliśmy promienie słoneczne jak najlepsze witaminy (na pewno D3) dla lepszego samopoczucia. bezpruderyjnie zaczęłam się przebierać - w końcu była okazja, aby ubrać krótkie spodnie, sandały, wziąć strój kąpielowy, który wcześniej za każdym razem, gdy się na niego natknęłam, zdawał się ze mnie szydzić. Nie dziś! Zabraliśmy wodę, przewodnik, pieniądze i nawet okulary przeciwsłoneczne. Ruszyliśmy przez wioskę do nabrzeża, a potem prosto do centrum.

Idąc wśród ciasno wybudowanych koło siebie domów, miało się wrażenie, że domy te wykonane są w najpiękniejszej koronki. Misterne rzeźbienia, piękne okna, mnóstwo kwiatów i słońce odbijające się w oknach. Nabrzeże wypełnione było sklepami dla rybaków, restauracjami. Co ciekawe, nie było sklepów z pamiątkami, nie było sztucznego nadęcia typowego dla miejscowości turystycznych - tu wszystko miało służyć mieszkańcom. Zaczynało mi się podobać coraz bardziej.


Nie widzieliśmy innych turystów, byli tyko mieszkańcy - stali oraz ci z domków letniskowych, których było tu całe mnóstwo. Szliśmy powoli, aby chłonąć atmosferę tego miejsca - emerytów siedzących przed restauracją, mogących swobodnie występować w reklamie "Starość jest trendy - spójrz na mnie", i nie ze względu na ich wygląd, ale ciepło, spokój o przyszłość i radość emanujące ze środka. Oboje pomyśleliśmy wtedy, że może już nasze pokolenie będzie miało taką emeryturę, no może nasze dzieci. Fascynowały nas łódki stojące w porcie. Było ich tyle, że wydawało się, iż każda przypisana jest do jednego domku - pewnie tak było, wszak Norwegowie to potomkowie Wikingów, wodniacy i miłośnicy morza. Nie ważne ile, ale jakie łódki - im starsza, tym piękniejsza, odrestaurowana, błyszcząca w słońcu, z co najmniej dwójką ludzi na pokładzie - często ubranych jak w latach 70. ze sprzętem z tej samej epoki, trzymających się za ręce.



Znaleźliśmy, choć raczej natknęliśmy się na festyn, który był atrakcją tego dnia. Był to targ rękodzieła norweskiego. Cuda i cudeńka - większość sprzedawanych rzeczy, był dostępne także w Polsce, sprzedawana przez polskich artystów. Co je różniło od naszych, rodzimych wytworów? elementy kultury norweskiej? Nie - prawie ich nie było. Jakość wykonania? Nie - nie było widać różnicy. A skoro nie widać różnicy, to... po co przepłacać? Ceny były zabójcze dla nas - za bombkę ze szkła (w kształcie serca, pani chciała ponad 150 zł), dodam, że bomba była niewielka.


Oczywiście ceny dla Norwegów były odpowiednie. Jedną z najbarwniejszych postaci targu był mężczyzna w okularach lennonkach, z długą, siwą brodą i chustką na głowie.


Stał przed wózkiem z supermarketu (sic!) i w skórzanych rękawicach coś w nim robił. Tworzył wokół tej czynności jakąś magiczną atmosferę, zebrało się wokół niego sporo osób, w tym i my. Wyciągał z tłumu osoby, które mu pomagały - magik lub dobry marketingowiec. Niestety jak na naszą polską niecierpliwość przystało, po 10 minutach odeszliśmy, twierdząc, że zobaczymy co to było, jak wrócimy. Poszliśmy dalej - rzeźby, stroje, drewno, ceramika - czego dusza zapragnie. Gdy wróciliśmy do pana z brodą... on dalej coś majstrował przy wóźko, pomimo że minęło dobre 25 minut. Poddaliśmy się, udało mi się tylko podpatrzeć pod odpowiednim kątem, że wypala tam dziwne rzeźby. Poddających się było więcej, ostatecznie został tylko mały chłopiec, który jak zaczarowany patrzył na tego magika z brodą.


Targ połozony był na nabrzeżu, właściwie jak wszystko co istotne w Risør. Obok - w starej, drewnianej kamienicy - znajdował się punkt informacji turystycznej. Słonce nas nie zwiodło i pytaliśmy najpierw o pogodę na dziś i jutro. Patrząc za okno, na błękitne niebo, ciężko było uwierzyć w prognozy - deszcz wieczorem i w nocy. Pani, która sama jeździła na motorze, poradziła tylko uciekajcie na północ, w stronę Oslo - taki był nasz plan. Niezrażeni wieściami o deszczu, choć trochę tym zmartwieni, postanowiliśmy iść popływać. Ze względu na to, że miasteczko było zbudowane pzy porcie, w centrum nie było miejsca, w którym można by zejść do wody. Pani wskazała nam dwie lokalne plaże - upierała się, żebyśmy poszli na prawą stronę wyspy (blisko miejsca, w którym stał nasz motor), ponieważ tak jest "intymnie, spokojnie, nikt wam nie będzie przeszkadzał", my woleliśmy zobaczyć, co jest po drugiej stronie i usłyszeliśmy, że tam jest "plaża, na którą przychodzą matki z dziećmi, jeśli wam to nie przeszkadza, to idźcie tam". Nie przeszkadzało - sprawdziwszy jeszcze raz prognozę, pożegnaliśmy się z panią jeżdżącą na Harley'u  krętą, nadmorską drogą ruszyliśmy na plażę.



Minęliśmy małą stocznię, wiele domków wybudowanych na małych, przybrzeżnych wyspach, mnóstwo drzew owocowych rosnących przy drodze - mmm czereśnie. W końcu, po jakichś 5-6 kilometrach dotarliśmy na plażę. Nazwanie tego miejsca plażą, to zbyt wiele - był to po prostu plac zabaw, z molo o długości 30 metrów, trawą, na której leżały matki z dziećmi (ojców nie było!) i "plaża" piaszczysta o długości 4 metrów i szerokości 2! Oczywiście obsadzona dziećmi jak las po wysypie grzybów. Konseternacja, myślenie, myślenie, myślenie - zostajemy, jest za gorąco, żeby łazić po wyspie. Przy plaży znajdowała się czysta, pachnąca, publiczna łazienka z prysznicem. Przebraliśmy się i wybraliśmy jedyne nieodpowiednie dla matek z małymi dziećmi miejsce, czyli wielkie, ciepłe kamienie. Daniel wszedł do zimnej wody. Namawiał mnie usilnie i w końcu weszłam, żeby równie szybko wyjść - nie ze względu na temperaturę wody, ale... meduzy, które pojawiły się "znikąd". Nici z pływania, ale Daniel, jak to Daniel upatrzył sobie kawałek dalej molo - zupełnie puste, drewniane molo - idealne do opalania i leżenia. Moim zdaniem było to molo prywatne, stała przed nim jakaś tablica - nie było na szczęście na niej napisu "forbudt", czyli zabronione i postanowiliśmy tam przenieść cały nasz majdan. Trochę była przestraszona, że ktoś będzie miał o to pretensje, ale nie... po kilku minutach na molo zaczęły wchodzić matki z dziećmi, Norweżki, które rozumiały napis na tablicy. Uspokoiłam się i poddałam bryzie morskiej. Było cudownie. Zdjęcia, które wtedy robiliśmy są prześwietlone, niech to świadczy o pogodzie. Wszystko co dobre, kiedyś się kończy. Przyszło nam wracać do centrum, a potem w dalszą drogę, ponieważ tego dnia, przed deszczem, chcieliśmy zobaczyć jeszcze dwie miejscowości.

Po drodze do centrum, zwróciłam uwagę na jeden dom, nie ze względu na jego wygląd, ani usytuowanie w sadzie, ale sposób wieszania prania, znany mi z południa Europy. Oto - posiadając wielki ogród, ktoś powiesił sznur na bieliznę na wysokości piętra, pomiędzy oknem a słupem. Cudne!



Gdy dotarliśmy do motoru, zaczęło strasznie wiać. Trzeba było uważać, żeby nic nie wleciało do wody. Wiatr był zapowiedzią nadchodzącego deszczu, choć na niebie nie było jeszcze ani jednej chmury. Komu w drogę, temu czas - dziś na nas czekały jeszcze bogate Kragerø i przemysłowe Larvik.

niedziela, 28 sierpnia 2011

Dziennik pokładowy, 17 lipca, cz. 1

Nie mogłam spać. Około 5 lub 6 rano obudziłam się i od razu wyskoczyłam ze śpiwora, aby zobaczyć, czy już ktoś się zainteresował naszym namiotem - wszak byliśmy rozbici zaraz koło parkingu dla TIR-ów. Nikt nie zwracał na nas uwagi. W budce urzędnika kontroli drogowej, zupełnie jak przed położeniem się spać, świeciło się światło, przez okno widać było, że ktoś ogląda telewizję. Luz bluzzzz... Stwierdziłam, że jeszcze trochę mogę pospać i wróciłam do namiotu. Budzik zadzwonił niewiele później - postanowiliśmy zebrać się jak najwcześniej rano, żeby mieć cały dzień na zwiedzanie. Planu jako takiego nie było - w końcu podróżowaliśmy inną częścią Norwegii, niż wcześniej planowaliśmy. Nie zdołało nam to jednak zepsuć humoru - oto o godzinie 6 30 rano świeciło słońce. W namiocie było cholernie zimno (przydały się dobre śpiwory i czapki), poza namiotem nie było dużo lepiej, ponieważ rozbici byliśmy w miejscu, gdzie ciągle był cień. Wystarczyło jednak kilka kroków i oto temperatura wzrastała o kilkanaście (sic!) stopni. Ubraliśmy się w najcieplejsze rzeczy - w cieniu mogło być jakieś 5 stopni i zaczęliśmy się pakować. O jaka to była odmiana - pakowanie bez deszczu. Tropik od namiotu był wilgotny - nachuchaliśmy ciepłego powietrza i się skropliło, do wysuszenia go wykorzystaliśmy płytę parkingu.




Gdy przenieśliśmy wszystkie rzeczy na słońce, część z nich zaparowała. Różnica temperatur była więc nie tylko odczuwalna, ale widoczna. Zapowiadał się piękny dzień. Nie pozostało nam nic innego, jak pomyć menażki z poprzedniego wieczoru - padło na mnie - i w drogę. Chcieliśmy znaleźć jakiś przytulny parking z ławeczkami (tu ich brakowało), aby jak ludzie zjeść śniadanie. Poszłam na zwiady, aby sprawdzić, gdzie jest wyjazd z parkingu na główną trasę i... okazało się, że jakieś 300 metrów dalej jest właśnie taki miły, czysty parking dla samochodów osobowych. Poskładaliśmy rzeczy i - po tej niezwykle długiej wycieczce - zjedliśmy śniadanie smyrani promieniami słonecznymi. Tego nam było trzeba! Oboje uśmiechaliśmy się od ucha do ucha - świat ze swoimi zawiłościami i problemami wcale nas nie przerażał. Było wcześnie - około 8, było słonecznie, nigdzie się nam nie śpieszyło, więc postanowiliśmy porządnie przepakować wszystkie rzeczy, susząc to, co jeszcze było mokre po poprzednich dniach.



Gdy rozpakowaliśmy kufry, zwróciłam uwagę na namiot, rozbity po prostu na trawniku parkingu - co zastrzegam, jest zabronione w Norwegii (dlatego rozbijaliśmy kawałek od parkingów). Obok stała stara "beka" (mercedes) na polskich, a na dodatek rodzimych, śląskich tablicach. Podekscytowana czekałam na osoby, które się powinny lada chwila się obudzić. Mówiłam nawet Danielowi, że fajnie będzie pogadać z kimś po polsku, że na pewno podróżnicy jak my itp. itd. Nasz motor stał przodem do ich namiotu, tj. nie mogli wiedzieć jakiej jesteśmy narodowości, ponieważ tablica jest tylko z tyłu. Pomyślałam, że będą tym bardziej zaskoczeni, gdy powiem im po prostu "dzień dobry". Nagle w namiocie zadzwonił budzik, ktoś się poruszył i w końcu zaczęli wyłaniać się po kolei trzej muszkieterowie. Gdy już się poprzeciągli, mówię swoją kwestię i... słyszę tylko niezbyt przyjazne, rzucone mimochodem i wręcz groźne "bry". O wy! Myślę sobie, Daniel nic nie mówi. A oni? Wsiadają zaspani do samochodu, w tym co spali, odpalają "bekę" i jadą - jest za pięć dziewiąta. Jadą do pracy, zostawiając namiot (że się nie boją mandatu) i nas skonsternowanych... Sami parę lat wcześniej pracowaliśmy w Norwegii, ale na północnym-zachodzie, gdzie nie było innych Polaków, może się bali, że chcemy im odbić pracę? No tak, dwoje motocyklistów, w tym jedna kobieta, z olbrzymią chęcią pozbędzie pracy trzech mężczyzn ;)


Żeby nie było tylko o Polakach, sypiających na parkingach - w Norwegii robi tak większość narodowości europejskich, przodują Niemcy, Duńczycy, Holendrzy i sami Norwegowie. Większość z nich ma tzw. campery, czyli domy na kółkach. Wystarczy zająć miejsce parkingowe i już ma się spokojną przystań na noc. Wielokrotnie widzieliśmy jak osoby podróżujące w ten sposób w przydrożnych toaletach opróżniały swoje toalety z campera lub czerpały stamtąd wodę. Nikt nie odczuwał wstydu, wręcz przeciwnie - było miło wśród tej braci podróżującej. Na parkingu, na którym "zawiedli nas" Polacy, tej nocy spało starsze małżeństwo Norwegów - uroczy obrazek - kawa i jajecznica na śniadanie. Rozłożona mapa i plany na kolejny dzień.



Miłe uśmiechy wymieniane między sobą i kierowane do nas - dobry początek dnia. Pakowanie nie zajęło nam wiele czasu - w końcu mieliśmy już wprawę. W drogę. Pierwszy przystanek tego dnia - Risør. Gmina, którą zamieszkuje 6894 osób, przy czym stosunek mężczyzn do kobiet procentowo wynosi - uwaga, uwaga - mężczyźni 50,6%, kobiety 49,4% - czyż to nie raj?

Niedzielnie



 

czwartek, 25 sierpnia 2011

Dziennik pokładowy, 16 lipca, cz. 3

Raz po raz zapadała decyzja - jedziemy do domu, zostajemy, jedziemy... Co chwilę zmienialiśmy plany - było ciężko. Racjonalnie rzecz biorąc, powinniśmy wziąć nogi za pas i uciekać przed deszczem, ale deszcz pojawił się także w Polsce. Nie wiem ile to trwało. Ile razy z entuzjazmem, nawet udawanym, aby dodać sobie i drugiej osobie animuszu zrywaliśmy się pakować rzeczy? Też nie wiem. Przyszło nam nawet do głowy, żeby wracać promem z innego miejsca, ale mogło to być albo Stavanger (gdzie lało), albo Oslo, skąd promy było diabelnie drogie (do dziś nie wiem, dlaczego).

Studiowaliśmy mapy, wertowaliśmy przewodniki. Co ciekawego można zobaczyć na nieciekawym wschodnim wybrzeżu - pola i krowy... Zaraz jak oparzeni wyskakiwaliśmy z cudownym pomysłem jazdy na Mazury, ale tam też padało. Nie było łatwo podjąć jedną i ostateczną decyzję. Wtedy jeszcze raz zadzwonił Mariusz...

Po kolejnych kilkudziesięciu minutach zastanawiania się nad sensem spadania komuś na głowę, postanowiliśmy, że owszem jedziemy do Oslo, ale pojawimy się tam dopiero za dwa dni wieczorem, żeby nie zająć gospodarzom za dużo czasu. Był piątek wieczór, byliśmy oddaleni od Oslo o niecałe 340 km, które moglibyśmy zrobić jeszcze tego dnia. Ruszyliśmy za wskazówkami Mariusza do Arendal, ponoć pięknego miejsca.

Jadąc na wschód, pogoda robiła się coraz lepsza. Nie padało, słońce pięknie zachodziło, a my czuliśmy się jak zdrajcy. Zdradziliśmy zachodnią stronę, jej fiordy i góry, drapieżne skały. Teraz jechaliśmy przez łagodne pagórki, przecinane gdzieniegdzie fiordami, skały nie były jednak ostre, a widoki nie te. W nas czaiły się nie tylko żal i strach przed nieobliczalną pogodą, ale radość z przygody, z nieznanego.

Wjechaliśmy do Arendal. Zaparkowaliśmy i wyposażeni w przewodnik (który teraz stał się nieodłącznym elementem wycieczki) ruszyliśmy szukać zabytkowego deptaka. Była to miejscowość nadmorska i jej klimat trochę odbiegał już od tego, czego spodziewaliśmy się na zachodzie. Było dużo domów i ludzi -  Arendal jest na 19. miejscu wśród norweskich gmin jeśli chodzi o gęstość zaludnienia, a my chcieliśmy spędzić wakacje na łonie natury, czasami tylko przejeżdżając przez wioski i robiąc zakupy. Co ciekawe, tutaj nie było także zagranicznych turystów, sami Norwegowie na urlopach.

Zapytałam pewną kobietę jak dość do Tyholmen - zabytkowej dzielnicy na nabrzeżu, gdzie stały do dziś drewniane domy (kamienice) z XVII wieku. Przeczytałam to, tak jak było napisane w przewodniku. Długo drapała się po głowie, główkowała, namyślała, aż jej sprytny mąż przez moje ramie zauważył w książce, co tam jest napisane i powiedział, dławiąc się (ach ten norweski) - Ti....en - tyle zrozumiałam. Wskazali nam drogę. Musieliśmy przejść na drugą stronę miejscowości, a właściwie góry... Droga wiodła najpierw stromo do góry, żeby później doprowadzić nas do zapierającego dech w piersiach widoku. Oto staliśmy przed bramą Arendal - droga biegła stromo w  dół.

 

 
Gdy myśleliśmy, że już wszystko co ładne, widzieliśmy, doszliśmy w końcu do Tyholmen, a tu... wielkie rozczarowanie. Nie z powodu budynków, ale niemożliwości zobaczenia ich z jakiejkolwiek strony, naprawdę.

Tego dnia (piątek wieczór) w Arendal odbywał się festiwal BMW, masy ludzi (nie wiedziałam, że Norwegowie lubią takie spędy), starówka zamknięta szczelnie z każdej ze stron bramkami, a wstęp kosztował ok. 50 zł. Nie było na tym festiwalu nic na tyle ciekawego, żeby płacić za wstęp, więc poszliśmy dalej. W najodleglejszym zakątku nabrzeża znaleźliśmy jeszcze kilka starych domów, niektóre wręcz nie stały już prosto i farba z nich spadała, ale miały swój urok.


Później powrót przez strome uliczki. Już wtedy wiedziałam, że nasza decyzja o pozostaniu była słuszna - powoli zakochiwałam się w takiej, nieznanej mi dotąd Norwegii - Norwegii jej mieszkańców, a nie turystów.

 
 

Miasto poznaliśmy lepiej ze względu na to, że pomyliśmy drogę, o co nie jest trudno, gdy cały czas chodzi się pod górę i w dół. Ostatecznie po jakiejś dłuższej wycieczce przez dzielnice miasta dotarliśmy do motoru. Przyszedł wieczór, zrobiło się chłodniej i trzeba było pomyśleć o noclegu. Na zachodzie nie byłoby problemu, ponieważ tam, ze względu na duża ilość zwierzyny, motocykliści z całej Europy rozbijali się przy samej drodze (nooo nitce drogi, ponieważ głównych tras, w rejonie, do którego mieliśmy jechać było niewiele), a tu trzeba główkować, żeby się w oczy nie rzucać.


Ruszyliśmy. Cały czas rozglądaliśmy się za jakąś polną drogą, ale tutaj, w krainie pastwisk i krów, nie było ich niestety zbyt wiele. Ostatecznie znaleźliśmy parking dla TIR-ów, a za nim las, w którym mogliśmy się rozbić. Kolacja i do śpiworów. Noc zapowiadała się naprawdę chłodno, ale oboje wiedzieliśmy, że to była dobra decyzja, żeby zostać i dać tej deszczowej Norwegii kolejną szansę.

środa, 24 sierpnia 2011

Dziennik pokładowy, 16 lipca, cz. 2


Postanowiliśmy udać się na plażę, która jest jedną z największych atrakcji tego miasteczka. Opisy w przewodnikach głosiły: najdłuższa piaszczysta plaża w Norwegii, wielka atrakcja! Wsiedliśmy na motor i na plażę. Zaparkowaliśmy przy samym morzu i rozglądamy się, gdzie jest owa atrakcja. Może za lasem? Ale nie, oto staliśmy na 700-metrowej piaszczystej plaży... A u nas całe wybrzeże nad Bałtykiem można przejść. Niezrażeni postanowiliśmy przejść ten cud Norwegii wzdłuż i wszerz, co nie było raczej trudnym zadaniem.

Po obejrzeniu wszystkiego co było w zasięgu wzroku, usiedliśmy na piasku i milczeliśmy. Przyszedł czas, aby podjąć decyzję, co dalej. Deszcz na szczęście nie padał w tej chwili, ale niebo zasnute było chmurami. Zaczęliśmy rozmawiać o tym, o czym wcześniej baliśmy się mówić żeby nie urazić drugiej strony. Że pogoda miała być inna, że może warto teraz schować dumę do kieszeni i wrócić do kraju, gdzie słońce przygrzewa i tam spędzić wakacje, że prom, na który mamy wykupiony bilet za dwa tygodnie możemy sobie darować... itp. itd. Zdziwiłam się, że byliśmy tak zgodni. Parę minut i podjęliśmy decyzję - wracamy, już dziś. Postanowiliśmy tylko sprawdzić w biurze informacji turystycznej, czy jeszcze jakiś prom wypływa do Danii z Kristiansand.


W biurze kolejka do komputera. Mieliśmy czas, żeby rozmawiać, ale z żalu, że przyszło nam skapitulować przed pogodą (która miała być inna!), rozeszliśmy się, pomyśleć w spokoju. Oboje wiedzieliśmy, że jest niedosyt - nie z jazdy na motorze, bo to akurat już wykonaliśmy, ale z tego względu, że nie zobaczymy naszych wymarzonych miejsc - Bergen, Priekestollen, Kieragbolten i fiordów. Mieliśmy spotkać się z Izą, Olgą i Tomkiem... Usiadłam na ławce i układałam w głowie to wszystko - cieszyłam się tylko z jednego - że naprawdę bez zgrzytów podjęliśmy razem decyzję. Daniel w końcu dopchał się do komputera. Sprawdziliśmy ofertę dwóch przewoźników - są promy, ale ceny biletów dość wysokie. Nic to, jedziemy do Kristiansand i pakujemy się na pierwszy lepszy prom.

Daniel nie palił odkąd wyjechaliśmy z kraju, czyli prawie tydzień, teraz gdy postanowiliśmy wrócić, poszliśmy do pierwszego lepszego sklepu i... kupił papierosy - nawet się nie złościłam, sporo nerwów nas to wszystko kosztowało. Gdy wyjeżdżaliśmy z Mandal czułam boleść w sercu... Może brzmi to pretensjonalnie, ale właśnie marzenie mojego życia zostawało za naszymi plecami spowite deszczem. Wiedząc, że kolejny raz nie wybierzemy się zbyt szybko na taką wyprawę ze względów czasowych i finansowych, było tym trudniej.

Dojechaliśmy do Kristiansand. Zbliżała się 18. Podjechaliśmy pod bramki do odprawy. Ludzie już stali, ale nie było widać terminala. Stanęliśmy na pobliskim parkingu - szybkie jedzenie, bo żołądki się odezwały i znowu dyskusje, czy aby na pewno dobrze robimy. Wątpliwości było multum. Z jednej strony rozsądek mówi uciekajcie, z drugiej serce, aby zostać. Mapę Europy rozkładaliśmy co najmniej 15 razy, patrząc na nią, jakby miała nam dać odpowiedź, co robić. Pozbieraliśmy się i zaczęliśmy szukać terminala. Interesowały nas dwie firmy - po wejściu do budynku okazało się, że jedna już jest zamknięta. Nie interesował nas kolejny mokry nocleg w Kristiansand. Poszlismy na piętro, gdzie siedzibę miała druga firma - ufff otwarte. Pytam o bilety na dziś - pan kręci głową, raczej nie, ale jakby to są ale za 600 zł. Połowę drożej niż normalnie, ale liczyliśmy się z tym. Decydujemy się, ale pan mówi, że musimy pojechać na check in i tam pytać o bilet. Jedziemy.


Na miejscu stoimy w olbrzymiej kolejce, gdy przychodzi nasza kolej słyszymy - nie ma biletów, mogę wpisać na listę rezerwową, ale dostaniecie numer 11 i na pewno nie wjedziecie, koszt 1250 zł (!)  czyli ponad o połowę wiekszy niż powiedział gość w biurze. Po usłyszeniu kwoty wycofujemy się i wracamy do biura. Jak z biletami na jutro? Jutro jest już weekend i nie ma miejsc na fotelach lotniczych, trzeba wykupić kajutę, więc koszt znowu wynosi 1250 zł, pojutrze to samo, w poniedziałek też, dopiero we wtorek możemy kupić bilet za 600 zł. Pytamy do której mają czynne. Jeszcze 30 minut. Musimy coś postanowić w 30 minut...

Wracamy na parking i rozmyślamy - albo kupujemy ten drogi bilet i nie jedziemy na wakacje w kraju, ponieważ trzeba jeszcze liczyć koszty dojazdu z Danii do Polski, albo siedzimy tu do wtorku, koczując w deszczu. Tak źle, tak niedobrze. Przypominam sobie o Mariuszu, koledze mojego brata, który mieszka w Oslo. Piszę do niego z zapytaniem jak ma wyglądać pogoda we wschodniej Norwegii (tam gdzie Oslo). Dostaję odpowiedź, że w miarę - drobne opady, ale raczej słonecznie. Mariusz pyta co u nas i co planujemy. Dzwonię i mówię, że siedzimy w Kristiansand i próbujemy podjąć decyzję keidy wracać. Po chwili telefon dzwoni i Mariusz proponuje, przyjedzcie do nas do Oslo, jakoś się pomieścimy, szkoda żebyście wracali. Proszę o czas do namysłu. Rozmawiamy z Danielem - byliśmy już w Oslo, nie urzekło nas. Nie znamy Mariusza (tzn. tyle o ile ze względu na brata) i głupio tak zwalać się mu na głowę. Z drugiej strony - jest to szansa, żeby jednak coś zobaczyć. W głowie mamy tysiąc myśli. telefony do Polski, żeby sprawdzali pogodę - okazuje się, że front znad Skandynawii dochodzi również tam i nasze plany wakacyjne w Polsce też mogą się nie udać. Nie znamy miejscowości na wschodzie Norwegii, nie przygotowaliśmy trasy, wszystko musiałoby dziać się na bieżąco...




wtorek, 23 sierpnia 2011

Nowa IKEA

Dostałam właśnie nowy katalog Ikei. Przejrzałam od zdjęcia do zdjęcia i muszę przyznać, że początkowo nie padłam z wrażenia. Może brakowało koloru, może format był za duży?..  Podobne odczucia miał mój małżonek szanowny. Stwierdziłam, że coś jest nie tak i postanowiłam dać mu drugą szansę. Po powtórnym obejrzeniu, już wiem, co wzbudzało mój niepokój. Wcześniejsze katalogi miały zdjęcia dużych, przestronnych pomieszczeń, a  tu... jak urządzić małe wnętrze. Gdy tylko o tym pomyślałam, od razu katalog nabrał innego wymiaru :) Pooglądałam i znalazłam kilka pomysłów, które sprawdzą się w naszym - niewielkim przecież - mieszkaniu :) Wcześniej też wykorzystywałam katalog Ikei do tego celu - podglądania mądrych, skandynawskich rozwiązań - ba! ile z nich przeniosłam na mój śląsko-domowy grunt. Które idee z nowego katalogu przypadły mi do gustu? Oto one.













środa, 17 sierpnia 2011

Dziennik pokładowy, 16 lipca, cz. 1

Obudził mnie znajomy dźwięk - kap, kap... kap, kap... Najpierw zaklęłam pod nosem, a dopiero później zaczęłam kojarzyć, gdzie jestem. Materiał wewnątrz namiotu ma soczyście pomarańczowy kolor i często łudzi, że za namiotowym światem jest słonecznie. Nie chciałam dać się zwieść i zaczęłam budzić Daniel, mówiąc: Paaada, paaaada - zupełnie jak mężczyzna (z opowieści Michała) próbujący po polsku, ale za to bardzo sugestywnie wytłumaczy Holenderce, że... pada. Daniel, jak to Daniel, powiedział, a raczej wybuczał "Uhmmm". Nic to, idę sama w ten dziki świat. Przed snem zapytałam go, co jeśli przyjdą łosie i nas stratują, co się zdarza, jeśli wystraszone zwierzę nie ma sensownej drogi ucieczki. Co usłyszałam? "A idź, ty łosiu".

Wyszłam z namiotu opatulona w przeciwdeszczową kurtkę, a tam? Niespodzianka! Pada, owszem, ale z drzewa, pod którym rozbiliśmy namiot, poza tym pogoda jest, hmmm powiedzmy, ok. No Saint Tropez to nie jest, ale tego się spodziewaliśmy. Rozejrzałam się i o dzikich zwierzętach nie moglo być mowy. Byliśmy rozbici jakieś 200 metrów od drogi, w lesie. Przy samej drodze był parking, na którym nocowali kierowcy TIR-ów oraz oszczędni turyści zewsząd (w Norwegii wszyscy są oszczędni) w swoich camperach. Znowu zaczęłam budzić Daniela, tym razem skutecznie. Oboje staraliśmy się nie pamiętać niemiłej i nerwowej atmosfery wczorajszego wieczoru. Postanowiliśmy zwinąć namiot i pojechać dalej, aby spokojnie, na przydrożnym parkingu, przy stole zjeść śniadanie. Tylko co robimy? Wracamy do Kristiansand, czy jedziemy zgodnie z trasą dalej, do Mandal? Od Kristianaand byliśmy już dość daleko, poza tym mieliśmy stamtąd prom powrotny. Popierając to logicznymi argumentami, ruszyliśmy na zachód. Zaczęło w nas tlić się światełko nadziei, że zrealizujemy, co zamierzyliśmy.

Po drodze szukaliśmy parkingu ze stołami, nie było. Nie zjedliśmy i nie wypiliśmy nic. Nawet nie mieliśmy ochoty, tak ze stresu mieliśmy ściśnięte żołądki. Ruszyliśmy do naszego celu, Mandal - jednej z tzw. białych wiosek. Przydomek "białe" pochodzi o koloru farby, jakim malowano tam domy. Dla Norwegii nie był to typowy kolor, na biało domy malowali ludzie majętni, a Norwegowie (w większości) do lat 70. XX wieku, takimi nie byli. Skąd wziął się na południu? Z kontaktów handlowych z Niderlandami. Wiedzieliśmy, że jesteśmy 15 kilometrów od tego atrakcyjnego turystycznie miasteczka, chcieliśmy zatrzymać się, aby pooglądać mapę na tablicy stojącej na parkingu, gdy... zaczęło padać. Myślałam, że się popłaczę. Danielowi też nie było do śmiechu. Nasze kombinezony nie zdążyły jeszcze porządnie przeschnąć, a tu znowu deszcz, na dodatek zaczęły mnie łapać dreszcze. Schroniliśmy się pod maleńkim daszkiem przy tablicy na parkingu i nie mówiliśmy ani słowa. Z drogi pozdrowił nas norweski motocyklista, który płynął z nami promem. Nie zatrzymał się, w końcu jechał do domu, tam wyschnie, a my? Postanowiliśmy przeczekać deszcz, w głowie kłębiły się tabuny myśli. Pogoda miała być w kratkę (z przewagą słońca). Przygotowaliśmy się na to, ale żeby nie było dnia bez deszczu? Przecież nie zdołamy nawet przesuszyć rzeczy. Zostać, wracać, zostać, wracać? Postanowiliśmy pojechać do Mandal, w końcu jesteśmy już tak blisko. Wiedzieliśmy jednak oboje, że tam zapadnie ostateczna decyzja.

Wjechaliśmy do wioski.  Przestało padać. Ładnie, czysto, niewielu ludzi jak na taką atrakcję turystyczną.


Znaleźliśmy parking - płatny, innych nie ma. Nic to - pogodziliśmy się z faktem, że opłaty parkingowe, będące groszami dla Norwegów, nas za godzinę postoju kosztują ok. 15 zł (sic!). W porę, zanim wrzuciliśmy pieniądze do parkometru, zobaczyliśmy inne jednoślady, które biletu z parkometru nie miały, poza tym stały w innym miejscu, zajmowały zdecydowanie mniej miejsca. Przestawiliśmy motor i... zabraliśmy się za przygotowanie śniadania, bo okazało się, że żołądki pomimo stresu, świetnie pamiętają, która jest godzina. Na śniadanie chleb razowy z Polski, woda mineralna i mielonka. Wszystko sprawnie przygotowałam na siedzeniu motocykla, była nawet ściereczka. Nasze zachowanie nie wzbudzało sensacji, ponieważ nie byliśmy pierwsi, ani ostatni tego dnia, którzy tak się tam stołowali. Dziwnie patrzyli się tylko amerykańscy turyści, ale to nic, głód został zaspokojony. Postanowiliśmy, korzystając z bezdeszczowej pogody, zobaczyć miejscowość i odwiedzić punkt informacji turystycznej, aby otrzymać niezbędne do podjęcia ostatecznej decyzji informacje.


Samo oglądanie Mandal było dość przyjemne, ale... chcieliśmy zobaczyć, jak kształtuje się pogoda na następne dni. Znaleźliśmy punkt informacyjny. Przywitałam się i od razu pytam, czy mają aktualną prognozę dla Mandal i rejonu. Pani uśmiechnęła się i wskazała na wydrukowaną kartkę, leżącą na biurku. Pon. słońce, wt. słońce, śr. słońce itp. itd. Podniosłam wzrok i zapytałam, jak to możliwe, skoro jest tak - i wskazałam za okno, gdzie chmury gromadziły się ciemne stada. Pani powiedziała tylko, powtarzając za mną jak echo - No właśnie, jak to możliwe. Myśmy mieli mieć słońce, ale tu, na południowym-zachodzie pogoda zmienia się z dnia na dzień, z godziny na godzinę. Gdy się odwróciłam, za plecami miałam tzw. Internet kiosk, miejsce, w którym za darmo można było skorzystać z internetu. Chcieliśmy zobaczyć najbardziej aktualne prognozy, ale z komputera korzystał jakiś gość. Nad jego głową przesuwała się na ekranie prognoza pogody, mówiąca - pon. deszcz, wt. deszcz, śr. deszcz, itp. itd. Pani przepraszająca uśmiechała się do nas, jakby to ona miała wpływ na pogodę. Gdy gość odszedł, weszliśmy na norweskie strony z pogodą i tam potwierdziła się wersja z ekranu. Sprawdzaliśmy długo, nie tylko Mandal i okolicę, ale także Stavanger i Bergen, do których mieliśmy jechać. Tam też deszcz. Co robić?


wtorek, 16 sierpnia 2011

:):):)

Dziś świętuję, jutro mam wolne i.... w końcu usiądę i napiszę dalszy ciąg opowieści z Norwegii. Ledjik - mam nadzieję, że się cieszysz ;) Napiszę dużo, a nawet więcej, żeby na kolejne dni było, a co! Jak to opublikuję, to będę zobligowana, więc... publikuję, co mi tam ;)

PS W ramach usprawiedliwienia tak długiego milczenia powiem tylko... Mazury ;)





środa, 10 sierpnia 2011

Dziennik pokładowy, 15 lipca

(Krótko, bo ledwo na oczy patrzę. Nadgonię, obiecuję. Miłej lektury.)

Zsiedliśmy na ląd w Norwegii. Nie padało. Był środek nocy - planowo powinniśmy w Kristiansand być o 1 30 w nocy, ale z powodu opóźnienia byliśmy tak po 3 w nocy. Dodając czas, spędzony na wyjeżdżaniu z promu, a później z portu - zrobiła się godzina 4. Na promie spaliśmy, ale nadal zmęczenie dawało znać o sobie, więc trzeba było gdzieś szybko się rozbić i zregenerować siły. Plan był taki, że zaraz z rana, tfu tfu południa, jak wstaniemy, będziemy zwiedzać miasto. Wyjechaliśmy poza jego granice, aby znaleźć miejsce dość odludne, ale nie dzicz, żeby rozbić namiot. Jechaliśmy, jechaliśmy, jechaliśmy... i cały czas nie dało się zjechać z trasy, bo domy stały przy samej drodze lub nie było drogi prowadzącej na pola.

W pewnym momencie Daniel skręcił, jest droga. Nagle nasza droga doszła do wiaduktu (byliśmy na nim) i okazało się, że to... chodnik! Tylko nie było znaków zakazu wjazdu. Jeszcze tego nam brakowało - mandatu na start. Szybko (choć chwilę trzeba było jechać pod prąd), ale nerwowo Daniel zjechał na drogę. Oboje byliśmy już padnięci. Następna droga w bok, jakieś 20 kilometrów od miasta i jazda przez tę miejscowość, żadnych polnych dróg, żadnych polan, nic. Jechaliśmy wioską, wzdłuż głównej trasy jakieś 7 kilometrów i musieliśmy wracać, bo się skończyła. Nerwy już dawały o sobie znać - nie było miło, każde z nas chciało już zamknąć oczy i odpocząć,a  tu nie ma gdzie się rozbić. Przy parkingach nie można, szukaliśmy więc czegoś innego. Nagle parking, a po drugiej stronie leśna droga, prowadząca pewnie do prywtnej posesji. Mimo to wjeżdżamy. jest nieźle - blisko parkingu i drogi - zwierzęta nie będą podchodzić zbyt blisko, jakby coś się działo, wystarczy krzyknąć i ludzie śpiący w samochodach (bo wolno) na parkingu, pomogą. W ciszy rozbiliśmy namiot, nie pamiętam ile zajęło mi zaśnięcie - sekundę czy dwie?

sobota, 6 sierpnia 2011

Dziennik pokładowy, 14 lipca cz. 2

Dalej już tylko deszcz, deszcz, deszcz... I decyzja, że jedziemy dalej, a jak! Tak szybko jak to możliwe zebraliśmy się z plaży i pognaliśmy w stronę portu, wierząc, że również tutaj w, bądź co bądź, cywilizowanym kraju, tam gdzie są pasażerowie, jest i poczekalnia. Podjechaliśmy pod parterowy, drewniany barak. Z drżeniem serca podeszłam pod drzwi i - o bogowie! - otwarte. Na motorze zostało wszystko co nie przemaka, do środka tylko torba z dokumentami, kaski i ubrania na przebranie. Zajęliśmy miejsca, rozwiesiliśmy wszystko co mokre i staliśmy się atrakcją poczekalni, ale tylko na chwilę. Niedługo potem pojawiła się grupa norweska. Dwie kobiety i dzieci - wszyscy w strojach rowerowych i przemoknięci jeszcze bardziej niż my - jednak się dało. Dzieci biegały bez butów po poczekalni, roznosząc w drobny mak wszystko, co stanęło im na drodze. Staraliśmy się usuwać.

Początkowow cieszyliśmy się z ciepła panującego w środku. To przysypialiśmy, to gadaliśmy. Ale ciągle pozostawało nam kilka godzin do rejsu, a nie mieliśmy ze sobą: a) komputera z dostępem do internetu, b) przenośnego DVD, c) książki innej niż przewodnik, na który nie mogła, w tej chwilli patrzeć. Po kilku elokwentnych rozmowach pomiędzy nami, stwierdziliśmy, że ta nuda nas zabije. Za oknem nadal lało, motor moknął na całego. Co jakiś czas jedno z nas wyskakiwało do kufrów po jedzenie, ale to był koniec ekstrawagancji. Pozostało nam bezczynne (sic!) siedzenie przez najbliższe 5-7 godzin! Ja nie umiem bezczynnie siedzieć - udręka. Daniel drzemał, on zawsze wykorzystuje czas na drzemkę, ale ja przeczytałam chyba wszystkie ulotki we wszystkich dostępnych językach - nawet po niemiecku i norwesku, bo trochę rozumiem. Miałam dość takiej nudy i zaczęłam marudzić, wiedząc, że nie ma możliwości zrelizowania mojej prośby: ile bym dała, żeby się wykąpać, umyć głowę, od razu poczułabym się ładniejsza i byłabym milsza. Daniel tylko podniósł jedno oko i poszedł spać dalej. A ja dalej w jęki.

W pewnej chwili podniósł się, z miną "daj mi spokój, nie jestem wróżką" poszedł do toalety, ale najbardziej oddalonej od nas, dla niepełnosprawnych. Jaki triumf widniał w jego oczach, gdy wracał! Gośka, tam jest prysznic! Co? Jak? Taka mała poczekalnia, a jest prysznic? Chwilę konspiracyjnego szeptu, to ja pójdę, przynieś mi proszę rzeczy z motoru. Poświęcił się, żeby zapewnić mi dobry nastrój, a co za tym idzie sobie samemu też. A ja w te biegi do pani w informacji. Czy można skorzystać z prysznica? Ona popatrzyła na mnie jak na wariatkę? Pytam, bo jest tylko tam, może ze szczególnych względów, może trzeba coś zapłacić. Ona dalej nie rozumie, w końcu powiedziała koledze - ona chce się wykąpać. Ona też jak na dziwoląga. Ostatecznie przycisnęłam ich, że nie ma przeciwwskazań, ale chyba nikt tam z prysznica nie korzysta. Trudno, będę pierwsza, a Daniel drugi, bo na tym promie niestety takich wygód nie ma.

Wyciągnie rzeczy z kufrów nigdy nie było przyjemniejsze. Oto nowe, suche, pachnące ubrania. Kosmetyczka będąca zapowiedzią pachnącego popołudnia. Pognałam pod prysznic, przygotowałam wszystko i już, już miałam wchodzić pod wodę... Ręcznik! Narzuciłam na siebie co nie co i wychylam się za drzwi, Daniel zgromił mnie wzrokiem, ale poszedł. Na szczęście nasza grupa norweska popłynęła innym promem i... przez dwie godziny byliśmy w poczekalni sam na sam z panią i panem z informacji. Opisywać szczęścia deszczu, ale ciepłego, pachnącego i w takiej dawce jak się samemu odmierzy, chyba nie muszę.


 Później była kolej Daniela, ja dostałam do ręki telefon ze słuchawkami. Łaaaa! Mamy muzykę, mamy duńskie radio. Niestety po godzinie już miałam dość i znowu jęki, zróbmy coś. Ale co? O mało żeśmy się nie pokłócili o takie pierdoły. Potem było już tylko czekanie, czekanie, czekanie. Cieszę się, że nie zwariowałam. Przyszedł czas na odprawę, dodam, że nie przybiegł, nawet nie przytruchtał, ale szedł tip-topami niesubordynowany.

Nie padało już tak mocno, nawet mieliśmy nadzieję, że się rozjaśnia. Poubierani w przeciwdeszczowe ubrania, wyglądaliśmy jak ludziki Michellin. Zaczęliśmy kierować się w stronę check in'ów. Kolejka dość długa, ale poszło sprawnie. Pytamy, czy mamy podjechać na motorze do samego przodu, tzn. wyminąć innych kierowców, pan w okienku coś mówi, ale nie wiele rozumiemy. Jedziemy tak czy siak. Podjeżdżamy blisko początku, ale ustawiamy się za samochodami, żeby nas nie osądzano o - no właśnie nie wiem co. Zaczynamy tak stać. Stoimy chwilę, dłuższą chwilę, wkurzającą megachwilę. Zaczęło lać! Temperatura spadła do jakichś 13 stopni. Samochody zaczynają włączać silniki. Czyżby ktoś na początku się pojawił, jakaś obsługa? Nie, zimno ludziom, to się grzeją. A my?! Nie możemy się pogrzać, mamy trochę herbaty w termosie, ale za kołnierzem Śniardwy, w butach Mamry, a w rękawicach Wigry. Prom ma opóźnienie! Mówią o godzinie, ale na pewno będzie więcej. Deszcz, wiatr od morza, niska temperatura. Nie ma zadaszenia dla motocyklistów! Nie ściągamy kasków, niech chociaż głowa będzie sucha. Robi mi się słabo, przykucam za motocyklem i mówię, że już nie wstanę. Nie chcę tam być, wmawiam sobie, że sekundy przyśpieszają, że czas mija szybciej, niestety nie mogę wmowić sobie, że świeci słońce. Daniel też sfrustrowany, dodatkowo tym, że nie może nic zrobić, w jakikolwiek sposób pomóc. Chodzi tylko i się grzeje.  Ludzie z samochodów patrzą na nas z litością, ale nikt, nikt, nikt! Przez ten czas nie przychodzi zapytać, czy ta pani co prawie siedzi na asfalcie dobrze się czuje, czy nie chcemy ciepłej herbaty, bo nasza się skończyła, czy nie chcemy się zagrzać w aucie. Mam dość!

Gdy pojawia się po półtora godziny później, jest mi to obojętne. I tak nic nie czujemy oprócz wiatru i deszczu. Rękawice można wykręcać, wszytsko oprócz włosów na głowie mamy mokre. Motocykliści wjeżdżają pierwsi. Na całą grupę są tylko trzy motory. Norweg z rodziną, Niemiec z kobietą i my. Wszyscy przemoczeni, wszyscy wykręcają rękawice i trzęsą się z zimna, a dodatkowo obsługa promu nie zapina motocykli, trzeba zrobić to samemu, fajnie, ale jak gdy ręce trzęsą się z zimna. Wszystko trwa wieku dłużej niż powinno, ale jest, gotowe! Bierzemy znowu suche ciuchy na przebranie i idziemy do góry. Przed nami 3 godziny rejsu. Szybka relacja kapitana, że na morzu sztorm, że problemy, że coś. Raz, dwa, trzy... zasypiamy. Budzi mnie straszny huk. Uderzenie o burtę, jakbyśmy wpłynęli na skały. Wszyscy przestraszni, nie ma komunikatu od kapitana. Za chwilę znowu i jeszcze raz. Budzę Daniela. Mówi, że to tylko fale, ale później przyznaje się, że sam miał stracha. Ostetecznie zasypiamy i budzimy się u wybrzeży Norwegii. Rzeczy nadal mokre, jest środek nocy. Nie pada! Zjeżdżamy na ląd i...

piątek, 5 sierpnia 2011

Dziennik pokładowy, 14 lipca cz. 1

Słowem wstępu - szczęśliwi czasu nie liczą. Okazało się, że przesunęłam naszą wyprawę o jeden dzień. Zaczęliśmy trasę 12 lipca, a nie 11 jak podałam, więc dziś już zgodnie z obowiązującym (przynajmniej większość z nas) kalendarzem.

14 lipca

Przebudziłam się o 5 rano. Nie padało - hurrra! Chciałam z tej radości obudzić Daniela, ale padnięty po wczorajszej trasie spał jak dziecko, szkoda było budzić. Korzystając z bezdeszczowej pogody - poszłam spacerkiem do toalety. Gdy wracałam i zobaczyłam namiot, motor, nasze rzeczy pod daszkiem domku suche, nabrałam takiej ochoty na dalszą drogę, że naprawdę ciężko musiałam się karcić pod nosem, żeby nie potrząsnąć Danielem, aby wstawał. Udało się i zasnęłam jeszcze na jakiś czas. O 6.30. zadzwoniły budziki. Wtedy niestety zaczęło kropić. Phi, takie tam kropienie. Zanim złożyliśmy namiot, po tym straszaku niebiańskich ogrodników nie było już śladu. W dobrych nastrojach, po ciepłej kawie i herbacie, udaliśmy się do recepcji. Nie było już "naszego" Duńczyka. Za ladą stała niemiła właścicielka. Chwila rozmowy, zapłata nieziemsko droga jak za nocleg dwóch osób i motora i stał się cud. Oto owa niewiasta uśmiechnęła się! Nawet później, gdy prowadziła nas do kotłowni po rzeczy, opowiadała to i owo, że sprawdzała prognozę, że powinniśmy jak najszybciej jechać, to uciekniemy przed deszczem itp. itd. Zabraliśmy suchutkie i ciepłe od powietrza z kotłowni rzeczy, dopakowaliśmy się i w drogę. Niedaleką, bo do pobliskiego miasteczka po pieniądze - duńskie, na powrót, bo tutaj zapłaciliśmy w euro i może przelicznik był tak paskudnie okropny, że szczęki nam opadły przy płaceniu.

Miasteczko urocze, nawet pochodziliśmy trochę, wszak nigdzie się nie śpieszyliśmy. Co najważniejsze, pogoda dopisywała. Gdy przechodziliśmy obok policjanta, ten przestał jeść kanapkę i popatrzył na Daniela takim na poły przestraszonym wzrokiem. Wiem, wiem, że groźnie wygląda, zawsze mu to mówię, ale żeby policjanta straszyć. Wszystko stało się jasne, gdy wzrok policjanta spoczął na Daniela spodniach, no dopowiem, żeby nie było niejasności - na nogawkach. CO było na tyle ciekawe, żeby tam spojrzeć? Trzy odblaskowe pasy. Spodnie Daniela były dokładnie takie same jak duńskiego pożeracza kanapki - policjanta. Co się dziwisz, mówię mężowi - spodnie przeciwdeszczowe są z lumpeksu, a oni tam mają skandynawską modę służb umundurowanych. Te spodnie, w połączeniu z iście skandynawską urodą (blondyn - jak to mówię - aryjski) sprawiały, że od tej pory wszędzie mówiono do nas w narodowych językach - duńskim, szwedzkim, norweskim, za to u nas pan na parkingu wziął nas za obcokrajowców, no ładne rzeczy. Moja uroda jak się później okazało też była skandynawska - z wcześniejszych doświadczeń wiedziałam, że niewiele np.Norweżek jest blond boginiami, ale żeby mieć taki rudo-ciemno blond włos? Zdecydowanie tak.

Zostało nam jakieś 300 km do Hirsthals. Niewiele pamiętam z trasy. Było zimo, mokro, szaro, nieprzyjemnie. Nie wiem ile razy padało, ile razy schliśmy, jadąc. Widoków z trasy nie było żadnych, parę krów, parę wiatraków, wszystko maksymalnie z 500 metrów od drogi, dalej mgła. Żałuję do dziś, bo wiele sobie po tej Danii obiecywałam - mieliśmy tego dnia poświęcić parę godzin na byczenie się na plazy... w strojach kąpielowych. temperatura jednak sięgała - łoho! - 15 stopni. Jak się później okazało, nie warto było cokolwiek planować, wszystko było ostatecznie inaczej. opisy z przewodnika, czytane przed wyjazdem pozostały w głowie, resztkami humoru, ktory nie zmył się ze mnei raze z deszczem, starałam wyobrażać sobie te latarnie morskie, piekne pokryte wrzosem wyspy i piaszczyste plaże. Niestety mózgu oszukać się nie dało. Dodatkowo wyparł tę część podróży i pamiętam tylko to, co było rzeczywiście dobre tego dnia, czyli to, że gdy w końcu dojechaliśmy do Hirsthals, nie padało! Dodatkowo do promu mieliśmy całe uwaga, uwaga - 7 lub 8 godzin.



Na zwiedzanie nie mieliśmy siły, zaraz też na się tego odechciało. Oto przed nami stało ono - to Morze Północne. Sine i potężne, z pustą plażą. Wjechaliśmy na plażę, stwierdziliśmy, że skoro Niemiec camperem może, to my motorem tym bardziej. Zaparkowaliśmy i jako małe dzieci pognaliśmy do wody. Nie mogliśmy uwierzyć, że jest tak piękne. Zaraz jednak przywołano nas do porządku, a właściwie to żołądki nas przywołały słowem - jeeeeeść!



Wracamy do motoru, a wtedy z campera wyłania się owy Niemiec. Matko! Chwytam Daniela za rękę, toć on wygląda jak Hugh Laurie, dr. House. Równie przystojny, równie nonszalancki, pozdrowił nas i poszedł znowu spać.
na stołówkę wybraliśmy wydmę, wiało trochę mniej. Okazało się, że w naszym zaczarowanym kanistrze zabrakło wody pitnej i Daniel jako przewodnik stada udał się na poszukiwanie jakiegoś źródła. Ja, jako wierna i spolegliwa kobieta, siadłam i czekałam. Zanim Daniel wrócił, przygotowałam kuchenkę, jedzenie, kubki i wszystkie inne potrzebne do pałaszownia rzeczy. Potem ugotowaliśmy wodę na napoje oraz ryż. Wszystko gotowe, pierwsza łyżka do ust i........ o matko! Zaczęło padać!!! Zapomnieliśmy to, o czym mówiła kobieta na campingu - deszcz was będzie goniła. Jeszcze nigdy tak szybko nie zjedliśmy posiłku, łykaliśmy tylko, bo ciepłe, bez gryzienia, nawet nie pamiętam smaku. Szybkie pakowanie i co dalej?
CDN.

czwartek, 4 sierpnia 2011

Dziennik pokładowy, 12 lipca cz. 2

12 lipca cz. 2

Gdy tylko wyjechaliśmy z miasteczka, w który było pole namiotowe, znowu zaczęło padać. Na motorze deszcz odczuwa się inaczej - nawet najlepsze ubrania przeciwdeszczowe, obłędnie zaimpregnowane buty nie wystarczają, bo deszcz nie dość, że pada z góry, to dodatkowo uderza w człowieka z dużą siłą. Kurta nie przemokła, ale trochę tej pożądanej przez wielu (choćby w Afryce) cieczy wlało mi się... za kołnierz, sama radość! Buty nie przemokły, ale nogawka podsunęła mi się na chwilę do góry i woda dostała się do środka po prostu, od języka. Deszcz, a nie ulewa, trwał jakieś 20 minut, gdy się skończył, zjechaliśmy na parking, aby się przebrać, bo już nie było czego zbierać z naszych kombinezonów. Daniel tylko się śmiał, żę to sport dla bogatych, bo koszty całego szpeju motocyklowego to nic, w porównaniu do porządnego, patrz 600-1200 zł kombinezonu przeciwdeszczowego, tzn. deszczówki. Można kupić tańszy, ale tyle kosztuje marzenie - pełny kombinezon od stóp do szyi razem z rękawicami - tzn. kondom. No my do bogaczy nie należymy, posiłkowaliśmy się tym, co było już w szafie, a ma wodoodporne właściwości - kurtki z goretexu i spodnie wodoszczelne. Z tym parametrem spodni można by się kłócić, ale cóż, gdy deszcz padał tak jak powinien, czyli na człowieka idącego, a nie siedzącego, to zawsze wytrzymywały. A tu siedź sobie człowieku spokojnie, a deszcz niech robi swoje.

Przebrani w suche ciuchy, ruszyliśmy w stronę Hamburga. Po drodze mijaliśmy takie ilości samochodów, że poczułam się jak w Warszawie przed weekendem. Stojąc posłusznie w wielu korkach, stawaliśmy się powoli atrakcją turystyczną. Każda Niemka wykręcała głowę, aby pooglądać tych zapakowanych po szyję (tak, tak, jak siedziałam, okazało się, że nasze pakunki sięgają mi szyi) turystów. Co ciekawe, kilka nawet się do mnie uśmiechało. Znudzeni powolną jazdą tirowcy też nam machali, kiwali, gestykulowali itp. Takie stanie-jechanie w korku trwało dobrą godzinę. Gdy było już widać koniec robót drogowych, nasz motor - zgrzyt, zgrzyt, klops. Stoimy. A byliśmy na lewym pasie! Z boku tylko barierki, a z tyłu zmutowane samochodowe twory TIRY. Już byłam wyćwiczona w sięganiu po odblaskowe kamizelki, rzuciłam się po nie i w ciagu paru sekund przepchnęliśmy Trampka (Honda Transalp, zwana przez właścicieli Trampkiem) na cudem tutaj powstały chwilowo pas awaryjny dla ciężarówek z budowy drogi. Daniel do naprawy, a ja obserwowałam twarze kierowców, którzy się do nas wcześniej uśmiechali. Teraz tylko litość, tylko litość. A fe! Nieładnie tak i w śmiech i po aparat.

Znowu z niespodziewanym spokojem podeszliśmy do tematu. Ja wierzyłam w Daniela, Daniel w swoje możliwości, wszak wychowany w warsztacie. Rzut wprawnym okiem (od razu wyobraziłam sobie wyciąganie gałki ocznej i jej toczenie po asfalcie) i diagnoza: spadł nam łańcuch. Myślałam, że wystarczy co założyć i pojedziemy dalej, ale to nie było takie oczywiste. Łańcuch spadł z jakiegoś powodu, tu powodem było to, że się naciągnął i trzeba go wyregulować za pomocą jednej śruby. Hurra! Uratowani, ale... Nawet w trzydziestostopniowym upale, bo tak gorąco się zrobiło po drodze, nawet przy drodze wypchanej szczelnie samochodami, zawsze jest jakieś ale. Ale ten jedne klucz został w domu. Poszarpaliśmy się z łańcuchem i jakbyśmy siedzieli na szkle, marzyliśmy o bardzo bliskiej stacji benzynowej. Ujechaliśmy kawałek i oto jest. Zaparkowaliśmy koło tirów. Z kierowcami łatwiej się dogadać, bo często się nudzą, w przeciwieństwie do kierowców samochodów osobowych. Poza tym, nasza jedna śruba, która nie ma prywatnego klucza, to duuuuża śruba, a w tirach takie się pojawiają.



Na poszukiwania idę ja - wszak kobiecy wdzięki, a może dźwięk (?) zawsze działają. Najpierw stojący przed samochodami - Turcy, czy Niemcy? Niemcy. Angielski tak, ale trochę. Stoimy koło motocykla i mówię: We have a problem. Our motorcycle is broken, we need some tools. (problem, motorcycle, tools - słowa międzynarodowe) - Nicht verstehen. O dżizus. Pokazuję co i jak. Niee, nie możemy pomóc. Teraz pora na śpiących. Tu już się boję, więc zaczynam od rodaków, może nie będą bić. Stoi tir z Nysy - zomki rodziców, będzie o czym gadać. Puk, puk - otwiera mi pan z rozwianym włosem. Szybka wymiana zdań i stoimy przy jego narzędziach - my mamy nowego tira, jeździmy do serwisu, ale coś może będzie, jest 22, a my potrzebujemy płaski 24. Myślałam, że na tym skończy się jego pomoc, ale nie. Idzie ze mną i mówi ja to załatwię. Podchodzi do moich Niemców. Nie, nie, ja z nimi gadałam, nie mają klucza. Spoko, zostaw to mnie. On szprecha, jak dobrze. Chwila i mamy klucz. Kurde, kurde... Niemcy uśmiechają się przepraszająco, pewnie nie zrozumieli ni w ząb co mówiła,. Daniel ustawia regulację naciągnięcia łańcucha, chwilę to trwa. W tym momencie podchodzi starszy Niemiec i mówi coś, z czego rozumię, dla was i do widzenia. Odpowiadam skupiona na niemieckim - Danke. Uff. Ale co on chciał? Pan z Nysy tłumaczy - oni stali tutaj z asfaltem na roboty drogowe i muszą jechać, klucz macie w Geschenku. Oh ja! To rozumiem, mieliśmy taki kupić po drodze, życie jest piękne. Dlaczego kupić? Ponieważ okazało się, że łańcuch się stale naciąga, na trasienie można zdjąć jednego ogniwa i może być problem, więc klucz to nasze wybawienie na jakiś czas.

Chwilę gadamy z panem Waldkiem. Pokazuje nam mapę, trochę pobłądziliśmy przez nasze problemy, ale lada chwila wypadamy na trasę do Danii. Tu ruch jak na Marszałkowskiej. Mijamy olbrzymie stocznie. Wieeelkie stocznie, w których naczepy wożone przez tiry wyglądają jak klocki lego. Piękny widok. Stocznia jest ładna, a nie ja w Gdyni - stare, odrapane. Tu wszystko świeci, jest kolorowe. Zakochuję się w kolejnym obrazie z trasy. Daniel na postoju mówi, że ma tak samo. DO granicy nic się nie dzieje. Gdy ją mijamy. Łup - jak nie trzaśnie, jak nie chlaśnie. Deszcz. I to nie taki sobie deszcz. Deszcz z przeokropnym wiatrem. Nic takiego do tej pory nie czuliśmy. Jedziemy, a tu wiatr uderza w kaski z lewej, z prawej, z lewej... cały czas, przez całą Danię położoną na cypelku pomiędzy dwoma morzami. Z trasy nie widać nic - widoczność na jakieś 500 metrów od drogi. Sino, buro, mgliście i deszczowo. każdy kilometr to walka, żeby się nie wywrócić. Wiatr uderza bowiem nie tylko w nas, ale także w motocykl, podcinając go raz z jednej, raz z drugiej strony. Balansujemy na śliskiej nawierzchni, do tego mijające nas tiry wcale nie zwracają na nas uwagi i czasami jadą stanowczo za blisko, wciągając nas pod koła. To, że jesteśmy przemoczeni, to nic. Jesteśmy zmęczeni psychicznie. Posuwamy się do przodu czterokrotnie wolniej niż dotychczas. Jechać musimy, bo jutro prom, a jak tak dalej pójdzie, to nie dojedziemy.

Zaliczamy każdy parking, każdy przystanek. Pijąc kawę na jednej stacji benzynowej, zastanawiamy się, co robić dalej. Może wracać i korzystać ze słońca w Niemczech lub Polsce, wierzyć w prognozy i przebić się do Norwegii gdzie ma być słońce? Jedziemy, na wpół nieprzytomni ze zmęczenia, na wpół wyczerpani myśleniem o tym, co będzie. Wszystko jest mokre - kufry na szczęście chronią ubrania, dobytek, jedzenie, ale to co na zewnątrz - patrz aparat - pływa w wodzie. Zanim zjechaliśmy na pierwszy parking, woda dostała się wodoszczelnego (sic!) pokrowca - nie włączam, kiedyś wysuszę aparat, teraz szkoda żeby było spięcie. Nie mam siły nawet pakować go do środka kufra, po prostu wrzucamy do worka na śmieci - a tych mamy olbrzymi zapas na taką pogodę - i jedziemy dalej. Zapominam włożyć kominiarkę pod kask, chyba ją zgubiłam. Wszystko nam jedno, byle uciec przed deszczem. Jedziemy tak kilka godzin, robiąc trasę 300 km! To mało, bardzo mało, jutro reszta, na szczęście też tyle - wyjedziemy z rana o 7 i dojedziemy.

Szukamy pola namiotowego. Okazuje się, że połowie Danii jest ich sporo. Jest 22.20. Przestaje padać, zza chmur na północy pojawia się słońce - zapowiedź pięknej pogody na jutro, czerwone, ale pytanie, czy to prognoza dla nas, czy dla Norwegii? Jest pole namiotowe - inny standard niż w Niemczech. Jest recepcja z napisem, dzwonić do drzwi jak nikogo nie ma. Idąc tam, mówiliśmy, że zapłacimy obojętnie jakie pieniądze (w granicach rozsądku) za pokój, przecież musimy wysuszyć gdzieś rzeczy, inaczej nie ruszymy dalej, a znowu zaczęło kropić. Płakać nie będziemy, więc dzwonimy do drzwi. Przychodzi wysoki, iście wikingowski potomek. Trochę czuć od niego alkohol, ale jest miły. Po angielsku mówi, ale rozumie mniej. Dogadujemy się powoli. Chcielibyśmy pokój lub domek na jedną noc - jutro rano ruszamy dalej. Pokojów nie prowadzimy, a chatki są zajęte. Szlag! Daniel pyta o możliwość rozwieszenia naszych rzeczy w świetlicy lub łazience na noc. Coś pomyślimy. Zza rogu wyłania się kobieta - niezbyt miły wyraz twarzy, pyta o co chodzi jego po duńsku, nas po angielsku. Gdy pytam o cenę, jej odpowiedź mnie powala - nocleg pod namiotem 25 euro! Dwa razy i trochę więcej niż w Niemczech. Nic to. Pytam czy przypadkiem nie zwolniła się chatka - jeden pokój, ale pod dachem. Owszem, koszt 125 euro!!! O nie, o nie... jakaś masakra. Pytamy o suszenie - kręci nosem, że się nie da. Na szczęście mężczyzna nie boi się szefowej i mówi, pokażę wam miejsce do rozbicia, a potem przyjdę i pójdziemy rozwiesić rzeczy.

Rozbijamy w ciszy namiot, bierzemy rzeczy na przebranie i idziemy za nim. Wchodzimy do kotłowni - cieplutko, oj zostałabym tam. Rozwieszamy gdzie się kurtki, suszymy przemoczone buty. Okazuje się, że mokre jest dokładnie wszystko na nas - każda część, nawet bielizna. Okazuje się, że nie wzięłam spodni na przebranie. daniel gna do namiotu po nie, a Duńczyk, starszy gość dotyka moich nóg i mówi: to też masz mokre, zaraz ściągaj, bo się przeziębisz. Moja mina przypomina mu, że jestem z narodu dość wstydliwego - a Ty z Polski, to ja się odwrócę i... wcale tego nie robi. Ja przecież do wstydliwych nie należę, więc ściągam spodnie, wieszamy je, a gdy stoję w majtkach, wchodzi Daniel. Uśmiecha się, bo doskonale wie, jak jest w Danii i konwersujemy dalej z naszym wybawcą (nie pierwszym i nie ostatnim w tej trasie). Kotłownia dość spora, teraz jest tylko suszarnią, wszędzie leża, wiszą nasze rzeczy. Dogadujemy się, że rano o 7 przyjdziemy zapłacić na nocleg i wtedy szefowa wpuści nas po rzeczy.

Pokazuje nam też łazienkę, o marzę o ciepłym prysznicu. On mówi, że muszę poczekać do rana, bo nie mam karty do prysznica. Moja mina mówi sama za siebie. Znika na chwilę, żeby konspiracyjnym szeptem powiedzieć, że lubi Polaków i załatwił mi kartę, jutro ją oddam i zapłacę należność za prysznic. Aż chciałam go ucałować. Mówi, że wszystko powinno być już zamknięte, ale poczeka aż skorzystamy z kuchni - jedzenie, o tak, łazienki - prysznic i pójdziemy spać. Jedna jego uwaga trochę psuje nastrój - że jego kolega Polak załatwił mu super gosposię Polkę, on mówi o tym z dumą i radością, a ja chyba mam jakieś narodowościowe kompleksy, że początkowo biorę to obrazę. Daniel mnie wyśmiewa i idziemy pod prysznic. Rozbieram się w kabinie, z namaszczeniem szykuję kosmetyki, wsadzam kartę do czytnika, a tu po duńsku: Karta nieaktywna. Łaaaaaaa! Przeklinam cicho, ubierając się. Wracam do namiotu, Daniel w śmiech, ale idzie sam spróbować. To samo.

Zupka chińska na noc - fuj, ale ciepła. Nasz Duńczyk mówi, że domek obok nas się zwolnił, więc jak chcemy... nie, nie za drogo, to chociaż pod daszkiem połóżcie rzeczy, żeby schły. Dziękujemy i idziemy spać. Nawet nie chce nam się myśleć o jutrze, bo pani na recepcji mówi, że deszcz idziemy aż do Norwegii. Aaaaaaaaaaaaa!


PS zdjęcie z Hamburga, wtedy działał aparat, było sucho i miło mimo wszystko, później, aparat leżał w worku na śmieci przez długi czas

środa, 3 sierpnia 2011

Dziennik pokładowy, 12 lipca cz. 1

12 lipca

Dzień zaczął się deszczowo. Kap, kap... kap, kap o namiot, aż się odechciało dalszej drogi. Obudziłam się nad ranem z wielką potrzebą skorzystania z toalety, ale - primo - droga daleka, secundo - damska toaleta czynna będzie dopiero od 7, tercio -  leeeeeeeeeeeje! Czasami potrafię wmówić sobie, że jest mi ciepło, gdy odmarzają mi dłonie, że jest mi chłodno, gdy topię się w słońcu, tak teraz mózg przyjął do wiadomości, że mój pęcherz nie zając i do 7 rano nie ucieknie, a może te przelotne (naiwność) opady do rana ustaną. O 7 niestety padało nadal i obuta i odziana odpowiednio do warunków pogodowych pognałam w dal.


W końcu zobaczyłam gdzie w ogóle nocowaliśmy. Pole namiotowe nad jeziorem, sami Niemcy i Holendrzy z dziećmi. Miło, cicho, wszyscy śpią. Nie dziwię się, gdyby nie wizja dzisiejszej trasy, też pewnie byśmy spali. Niestety nie ma co zwlekać, jeśli pogoda ma być teraz taka, tzn. zła, trzeba ruszać za jakąś chwilę. Do pierwszego celu, czyli Hirsthal w Danii, skąd odchodzi nasz prom do Norwegii, zostało ciągle ponad 600 km.

Gdy wracam, Daniel szarpie się z mokrym motorem. Okazało się, że spaliśmy kilkanaście metrów od zadaszenia, jednak w nocy go nie zauważyliśmy. Pod tym dachem przyszło nam też się stołować. Co jest najlepsze na śniadanie? Zupa, tak, tak. Coś ciepłego na start, bo później jedziemy do oporu, tzn. aż nie padniemy. Ale zanim zupa, trzeba ugotować wodę na herbatę i kawę. Ups! Kuchenka, cudo techniki amerykańskiej, nie działa. Oooo!!! Oooo!! Oooo! Policzyliśmy do dziesięciu i Daniel zabiera się za jej rozbieranie. A to nakrętka, a to sprężynka, a to coś - w kuchenkowej modzie w tym sezonie nosi się na cebulkę. Niestety tutaj ściągnie kolejnych warstw nie jest przyjemne, ponieważ na końcu nie ma miłej niespodzianki. Chyba dobrą godzinę walczymy oboje - małżonek siłą fizyczną, ja intelektualną, tłumacząc z amerykańskiego (bo do british english temu daleko) na nasze ulotkę pt. sposoby naprawy niedziałającej kuchenki. Okazało się, że czasami dysza się zatyka i trzeba sprytu, dużo silnej woli (żeby przeczytać ulotkę) oraz zestaw naprawczy, który przed wyjazdem pożyczył nam Michał. O, jak dziękowałam w myślach Michałowi.


Śniadanie, pakowanie, zwijanie mokrego namiotu - kto raz wykonywał te czynności na deszczu (wiata to iluzoryczne schronienie przy silnym wietrze) ten nigdy tego nie zapomni. Nagle deszcz ustaje. Idę do recepcji, aby zapłacić za nas i motor, ale nikogo nie ma. Jest już dobrze po 9, a tu nikogo. Podchodzimy do małżeństwa z dzieckiem, pakującego swój dobytek i prawie na migi (do you speak english? a little bit... jaaasne) pytam o recepcję. Mówią, że zaraz chcą wyjeźdżać i od 10 ktoś powinien być. Nasza opłata to zawrotne 11 euro (taniocha jak na Niemcy) i oboje zastanawiamy się, czy nie dać temu małżeństwu pieniędzy, aby zaplacili za nas, a samemu jechać dalej. Ostatecznie zostajemy - 20 minut nas nie zbawi. Gdy wybija 10, oboje z niecierpliwością patrzymy na bramę wjazdową. Przecież niemiecka punktualność znana jest na świecie. Nic, przez kolejne 20 minut to samo. Małżeństwo Niemców dzwoni na numer podany na drzwiach i dowiaduje się, że ktoś już jest w drodze. Kobieta pyta, czy my chcemy oddać klucze do prysznica czy tylko zapłacić za nocleg. Gdy mówimy, że to drugie ona uśmiecha się i mówi, nie przejmujcie się tym i jeźdzcie. Na co my - nie, nie, tak nie można i czekamy jak te ciołki. Ostatecznie oni zostawiają klucz na progu i odjeżdżają. A my... robimy to samo z wielkim poczuciem winy, gdy nikt nie zjawia się przez kolejne 20 minut. Aż tyle czasu niestety nie mamy.

CDN.

wtorek, 2 sierpnia 2011

Uhhhhaa!

Taka dygresja w moim pokładowym pamiętniku. Dostałam wyróżnienie w konkursie na łazienkę!
Co cieszy najbardziej? Wygranych wybierało profesjonalne jury magazynu Dobrze mieszkaj!
Nic tylko do Almi Decor i wydać nagrodę :)

Remont bardzo niskim kosztem. Jak wyglądała łazienka wcześniej? Można zobaczyć tu.
A już po remoncie tu i - po dodaniu mebla kolejnego - tu.

http://www.dobrzemieszkaj.pl/a/3537,Rozstrzygnelismy_konkurs,,lazienki

poniedziałek, 1 sierpnia 2011

Dziennik pokładowy, 11 lipca cz. 2

Trasa tego dnia miała doprowadzić nas co najmniej do Berlina. Jeszcze w Polsce zatrzymywaliśmy się kilka razy. Jazda na motocyklu jest przyjemna, ale do czasu. Nasze pośladki co sto kilometrów zaczynały krzyczeć – zatrzymajcie się i dajcie nam odpocząć. Cóż robić? Licznik pokazywał przy każdym postoju dokładnie 100, 200, 300… kilometrów. Na jednym z parkingów jakieś 100 kilometrów do granicy z Niemcami koniecznie chciałam skorzystać z toalety. Niestety tak jak wcześniej nie było po drodze stacji benzynowych ani tym bardziej parkingów z toaletami.
Zaparkowaliśmy pod barem „U Zdziśka” lub „Ziutka”. Od razu podbiegł do nas mężczyzna w kamizelce odblaskowej. Pomyślałam, że znowu mamy szczęście do usterek, ale nie. Jakie było moje zdziwienie, gdy ten, po bliższych oględzinach, podpity pan odezwał się do mnie w te oto słowa: „Miss, pardon, waschen, ja?”. Szczęka mi opadła. Daniel oddalił się, z uśmiechem w stylu „ciekawe jak z wyjdziesz z tego z twarzą”, aby zapalić, a ja zaczęłam kojarzyć. Ten oto poliglota trzymał bowiem w rękach wiadro z wodą i gąbkę. Bardzo dobrze, że pracuje, a nie pragnie wyciągnąć ode mnie dwa złote za nic, ale… kochany panie, motocykl ma szybę, która chroni od wiatru, nie patrzy się przez nią, więc myć jej nie trzeba. Spokojnie odzywam się w niezwykle egzotycznym dla mojego znawcy języków narzeczu silesianae-poloneise: „Dziękuję”. Teraz to jemu opada szczeka i bezczelnie obchodzi motocykl, aby spojrzeć na tablicę rejestracyjną. Gdy zauważa PL, odwraca się na pięcie bez słowa. Jego mina mówi mniej więcej coś takiego – „Phi, Polaków nie obsługuję”.
            Szukam toalety, mąż wysłany na przeszpiegi mówi, że jest gdzieś za barem i mam powiedzieć, że „jestem z baru”. Dziwi mnie troszkę to sformułowanie, ale idę. Pewna wchodzę do rozlatującego się baraku, korzystam z wątpliwej czystości sanitariatów i się zaczyna. Wychodząc, słyszę tylko „Ty, ty, ty… (które brzmi trochę jak grożenie palcem dziecku „nyyyy, nyyyy, nyyyyy”). A Ty [sic!] gdzie? Płacić nie łaska”. Ja ci dam ty, myślę sobie. Mówię zaczarowane „Jestem z baru”  i nagle otwierają się niebiosa pachnące mydłem biały jeleń i płynem ludwikiem, zza drzwi wychodzi mężczyzna, który wygląda jakby chciał mnie chwycić na kurtkę i potrząsnąć, ale – on tylko uśmiecha się szeroko (jednak człowiek, a nie anioł) i mówi „Było od razu gadać”. Nie mówię nic więcej, pragnąc uciec od tego oryginału. Po drodze do motocykla mijam Daniela. Gdy wraca, czekam na jego wrażenia, ale, niestety, on żadnych przeżyć nie miał, nawet nie musiał mówić o barze. Phi – dyskryminacja toaletowa.
            Nie ujeżdżamy zbyt daleko, gdy motor ze 130 km/h (zawrotnej prędkości przy w pełni załadowanym motocyklu z dwoma osobami) schodzi do 100, później 80, 60 aż się zatrzymuje. Ha! Nie ma parkingu. Tiry jeździły tak blisko, że miałam wrażenie, że nas wchłoną pod koła. Przepchaliśmy motor kilkanaście metrów, gdzie był kawałek pasa awaryjnego. W głowie chyba oboje mamy, że oczywiście zaraz zamiast trzeźwo myśleć, będziemy się przegadywać, że Twoja, że moja wina, że coś i ktoś. A tu zdziwienie. Wakacyjny klimat nadal nas ogarnia i ja – diabeł na tym pokładzie – zamiast wybitnie uszczypliwych uwag, wyciągam z zanadrza kilka żartów motoryzacyjnych i aparat. Śmiejemy się oboje, Daniel z głową na wysokości koła, że jeszcze nie wyjechaliśmy z kraju, więc może skręcimy na Śnieżkę, którą akurat widać z autostrady. Motor niech sobie stoi, wrócimy po niego za dwa tygodnie, jak wydamy doszczętnie nasze wakacyjne pieniądze. Na szczęście, Daniel – fachman pierwszej klasy – w kilka minut (tak, tak) swoim analitycznym umysłem dochodzi do rozwiązania zagadki. Nie możemy jechać, ponieważ motocykl myśli, że mamy wyciągniętą stopkę, czyli stoimy. Nic to, że stopka schowana. Okazało się, że przetarł się kabel od czujnika stopki. Kilka sprawnych ruchów Daniela i ruszamy w drogę. Niestety Śnieżka na nas poczeka, tymczasem „komu w drogę, temu frytki” i jedziemy.

            Do granicy już niedaleko, przy drodze coraz częściej pojawiają się tablice „Exchange”, bary, stacje benzynowe (a jednak istnieją na Zachodzie). Pijemy kawę w ostatnim bastionie polskości przed Rzeszą. Na parkingu obserwujemy sporą ilość busów na tablicach z województw wschodniej Polski. Niektórzy siedzą obok nas i planują, co kupią, jak już zarobią na saksach. Inni – niestety tych jest więcej - piją piwo, nie pierwsze tego dnia i dzwonią do domu. Trochę przygnębiający obrazek naszych emigrantów, naszych reprezentantów w innych krajach. Sama rokrocznie pracowałam na saksach. A to pilnowałam dzieci w Anglii, a to we Francji lub sprzątałam w Norwegii hotelowe pokoje po bogatych Rosjanach lub Amerykanach. Ciężko zawsze przyjmowałam pijane oblicze Polski za granicą, a tu jeszcze przed nią, wstyd i żal.
            Wjeżdżamy do Niemiec. Straż graniczna zatrzymuje część pojazdów do kontroli, my jedziemy dalej, być może dlatego że mamy tablicę z tyłu? Nie wiem. Co mnie zaskakuje? Do samego Berlina droga będzie prawie pusta, jedynie mijać nas będą nasi rodacy, nie widać wiosek, z oddali tylko muczą krowy, poustawiane na pastwiskach, wieeelkich pastwiskach, w porównaniu do naszych miniłąk, równiutko jak żołnierze. Nawet przez chwilę zastanawiam się, czy nie są to atrapy jak w „Misiu” lub „Truman Show”. Obserwuję je uważnie, jak szpieg, który chce zdemaskować oszustwo, ale w końcu jedna porusza ogonem. Zaczynam wierzyć, że jestem w kraju żywych ludzi, no i zwierząt, ale i tak do Berlina pilnie obserwuję pobocze. Co ciekawe, całą drogę od Tychów mocno wiało. Tak samo było w Niemczech, tu jednak siłę wiatru wykorzystano – całe pola usiane były wiatrakami. Piękny krajobraz ciągnął się za nami jak biały szal lotnika z lat 30. aż do Szwecji i jeszcze kawałek dalej, ale o tym później.
            Wjeżdżamy do Berlina. Taaaak, czuć, że metropolia. Przejeżdżamy bez korków miasto licznymi tunelami, co jeden to ciekawszy – wykafelkowany jak paryskie metro, pokryty betonem jak ultranowoczesne budowle w Tokio, obskurne i z graffiti jak na przedmieściach Londynu. Wszystkie kolory świata łączą mi się w cudowny obraz widziany zza szyby kasku. Nie wiem, w którą stronę spoglądać, zewsząd atakują mnie – ciekawe, ale też szkaradne budynki, a to ludzie, bogactwo i bieda, piękno i brzydota. To, co lubię najbardziej – kontrasty. Gdy przejeżdżamy obok fabryki Balhsena oboje głęboko oddychamy słodkim zapachem ciastek. Niestety Berlin się kończy i znowu jedziemy lasem dłuższy czas. Jest już wieczór, nie planujemy noclegu, życie ma pokazać co i jak.
Pogoda dopisuje, siły mamy. Robimy jeszcze jakieś 100 km. Na stacji benzynowej próbuję dogadać się z panią zza lady po angielskiu. „Nicht verstehen” – ja też, ja też, kiwam głową. Składam jakieś zdania jak analfabeta – „Ich verstehe aber nicht sprechen” – oooo niestety tyle lat nauki, a gramatyka i słownictwo leżą. Mózg zrobił w liceum swoje, wyparł każde słówko, każdą zasadę gramatyczną i zostawił wielką białą dziurę. Z lekcji niemieckiego pamiętam tylko zdania: „Ich bin heute nicht vorbereitet” i „Entschuldigung Się bitte für meine verspätung” (w wolnym tłumaczeniu: jestem dziś nieprzygotowana oraz przepraszam Pana za moje spóźnienie). Co ciekawe, jak czytam, to rozumiem wszystko, gdy przychodzi do mówienia, nie potrafię nic wydukać. Tak więc pani zapytana o jakieś pobliskie pole namiotowe (ponieważ boimy się trochę spać na parkingu, wszak to jeszcze nie Skandynawia) mówiła po niemiecku, dużo pokazując, ja dukałam w niemieckopodobnym narzeczu i przytakiwałam. Ostatecznie dowiedziałam się, jak dojechać do pola namiotowego i zbratałam się z kochaną Niemką, która żegnając się ze mną serdecznie uścisnęła mi dłoń.
Jedziemy na pole namiotowe przez uśpione, uporządkowane miasteczko (Ordnung muss sein). W rynku zwraca na nas uwagę tutejsza młodzież. Trochę podejrzliwi, ponieważ jest już po 22, ciemno, cicho, a tu hałasujemy motorem. Dojeżdżamy na pole namiotowe, w recepcji pustka. Daniel decyduje – rozbijamy się w zasięgu ich wzroku, żeby nie było, że chcemy zwiać rano. Nie idzie nam rozbijanie namiotu – jednak prawie 700 km w jeden dzień odbija się na naszych nastrojach i siłach. Gdy namiot ostatecznie wygląda jak namiot, chcemy ugotować coś ciepłego do jedzenia. Wrrrr – kuchenka – cudo techniki z Ameryki (serio) nie działa. Jest noc, jesteśmy głodni i źli – ostatecznie jemy kanapki z mielonką, ah. Na domiar złego okazuje się, że na noc zamykają damską łazienkę i toaletę, męska otwarta – szowiniści! Korzystam spokojnie z męskiej, myję zęby, przemywam nad umywalką twarz, a gdy podnoszę wzrok, widzę zdziwionego starszego Niemca, który nic nie mówi. Ja też nie, tylko uśmiecham się dość arogancko, no może bezczelnie, a co! Idziemy spać, właściwie to pamiętam tylko dźwięk zamku błyskawicznego w śpiworze i dłuuugo, dłuuugo nic. Potem był ranek, dzień trzeci.

Dziennik pokładowy, 11 lipca cz. 1


11 lipca

Wstajemy zgodnie z planem. Rygor jak w wojsku. Każdy zna swoje zadania. W ruch idzie lista zadań na dzień kolejny – misja „wyjazd”. Szybki prysznic, bo dzień upalny już od rana, a kombinezon motocyklowy + słońce… hmmm. Śniadanie, kanapki, przygotowanie torby z jedzeniem na cały wyjazd. Daniel rozdziela waluty, dokumenty, chowamy klucze, każde swój komplet, na wypadek utopienia w fiordzie lub połknięcia przez łosia metalożercę.
Zapakowanie ubrań trwa dosłownie chwilę. Torby z Ikei idealnie pasują do kufrów bocznych. Na dnie znajdują się mielonki (mmmm…), paprykarze (mmmm…) i chleby razowe pakowane w folię. Na wierzchu bielizna, po trzy koszulki, dwie pary spodni, sandały, czapka z polara, rękawiczki, opaska na oczy niezbędna przy białych nocach i bluza. Zestaw obowiązkowy i mocno podstawowy – liczymy na przydrożne parkingi z ciepłą wodą (które w Skandynawii nie są mityczną oazą na pustyni, a faktem) i możliwość zrobienia tam przepierki.
            Gorzej jest z kufrem centralnym, w którym ląduje namiot, suchy prowiant, zestaw małego kuchcika (menażki, kuchenka gazowa, butla do niej, kubki, ścierka, nóż itp.), apteczka, kosmetyczka, spray na komary i milion innych niezbędnych do przeżycia na łonie natury rzeczy. Nie wiem, jakim cudem go domykamy. Daniel grzmi – „te zawiasy zaraz się rozlecą, daleko tak nie ujedziemy”, ale… nie ma pomysłu na przepakowanie, więc milknie i zajmuje się czymś innym. Torba ze śpiworami na wierzch, karimaty, woda w kanistrze – wszak będziemy rozbijać się na dziko, z dala od cywilizacji, no i aparat fotograficzny – obowiązkowo. Gdy udaje się nam wszystko spakować w jako takim porządku, i tak wiemy, że przepakowywanie będzie trwało jeszcze co najmniej dwie doby, już w trasie.
            Wyjeżdżamy z Tychów. Nawet nie wiem, kiedy minęło pierwsze 100 km. Daniel włącza migacz i zjeżdża na parking przy autostradzie. Normalnie na pewno byśmy się gdzieś śpieszyli i ze złością zapytałabym, czy musimy się zatrzymywać, ale… zaczęliśmy wakacje. Nikt i nic nas nie goni, nie wiemy, gdzie będziemy dziś spać, jesteśmy panami własnego losu. Czuję się wspaniale. Gdy zsiadamy z motoru, patrzymy na siebie z uśmiechem. Tak, właśnie zaczęły się wakacje. Pierwsze od lat, pierwsze naprawdę.
            Pierwsze wspólne zdjęcie robione przez najwierniejszego fotografa tej wyprawy – zawsze na czas, zawsze bez głupiego „seeeer” (opcjonalnie „sex”) – samowyzwalacz. Telefony do rodziców – że motor jeszcze daje radę. Potem znowu jedziemy i jedziemy, i jedziemy. Za Wrocławiem rozglądamy się za stacją benzynową – na rezerwie możemy przejechać jeszcze z 40-50 kilometrów. Spokój na nas spływa, wszak jedziemy na zachód, zachód tam cywilizacja. Jakie jest nasze zdziwienie, gdy przez 40 kilometrów nie ma nic… ani baru, ani parkingu, ani stacji benzynowej, tylko pobocze awaryjne. Uppps. Gdy nagle jak na pustyni wyłania się znak – stacja benzynowa za 2 km – oddychamy z ulgą i zjeżdżamy z autostrady, aby podążyć za strzałkami. Przy zjeździe stoi marzenie każdego mężczyzny w tym kraju. Błyszczy w słońcu, dumnie prezentuje swoje kształty i mruży oczy – Buick – amerykański sen. Obok niego opalony, z lanserkich okularach facet, który zatrzymuje nas machaniem. Daniel nie wyłącza silnika, bo już i tak jedziemy na oparach. „Panie, amerykański samochód, on się nie psuje, a jednak się zepsuł, macie klucze?”. Daniel odpowiada „Nie mamy benzyny, jedziemy na stację”. „A nie, nie – ja klucze chcę”. „Wrócimy i pomożemy”, pokiwał głową z powątpiewaniem, ale nikt inny nawet na niego nie spoglądał z trasy.  Jedziemy dalej, wstrzymując oddech, jakby to miało sprawić, że w baku będzie więcej benzyny. Trochę dziwi nas, że strzałki pokazują się co jakieś 500 metrów więcej niż cztery razy. Niezbyt skomplikowane obliczenia i okazuje się, że stacja stoi nie 2 a 8 kilometrów od trasy! Stacja wiejska w 100 procentach. Stary CPN przerobiony niezbyt udanie na Orlen, 20 metrów od dystrybutorów siedzą mędrcy wiejscy i oglądają tych „obcych”, dopóki nie zaczynamy rozmawiać między sobą, myślą, że jesteśmy obcokrajowcami (rejestracja motocyklu widoczna jest tylko z tyłu). Tankujemy do pełna i znowu wrzucamy przy trzydziestostopniowym upale na siebie kombinezony i kaski. Wtedy z drugiej trony podjeżdża zawstydzony chłopak na Simsonie bez… korka przy baku. Nie ma się czego wstydzić chłopie, myślę sobie, my mieliśmy w planach wakacje na MZ-cie.
            Cały czas mamy w pamięci naszego kowboja stojącego przy zjeździe. Gdy wyłaniamy się zza zakrętu, okazuje się, że na nas czeka. Wymiana uprzejmości, kto, co i jak. Pochwała dla amerykańskiego samochodu („Panie, on się nie psuje, teraz się tylko zepsuł, 1989 rok, pełna elektronika”). Fakt, auto w świetnym stanie wizualnym, ale no pech, nie pali. Nasz klucz nie pomaga i wtedy w ruch idzie telefon i słyszymy: „Cześć Jacek, tu Marek. Stoję przy zjeździe Jak to czym stoję, no moim bucikiem, no tym, co się nie psuje”. Tak, tak… Żegnamy się, mówiąc, że wierzymy iż szybko naprawi cudo. W lusterku widzę tylko jak coś czule tłumaczy samochodowi. Na rośliny to działa, może auto też?
CDN.



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...