niedziela, 31 lipca 2011

Dziennik pokładowy, dzień pierwszy


10 lipca

Kto mógł przypuszczać, że dzień przed wyjazdem padnie nam samochód, na dodatek o 23, kiedy Daniel miał odebrać mnie z redakcji. Tak świetnie zaoszczędzony w pracy czas niestety musiałam przesiedzieć, czekając na jakiekolwiek wieści od małżonka próbującego jakoś mnie z pracy odebrać. Ostatecznie po 23 do domu odwiózł mnie naczelny. Ale żebyśmy od razu poszli spać, co to, to nie. Auto tarasowało drogę, którą nasi sąsiedzi, prawi obywatele na etatach, jeżdżą codziennie do pracy. Ja do domu – próbować ogarnąć, co nieogarnięte przed wyjazdem, a Daniel do uzdatniania samochodu, choćby do przepchnięcia.
            W domu okazało się, że pieniądze są wymienione, w sumie wszystko załatwione, tylko, no właśnie, tylko trzeba się jeszcze spakować. Ubrania leżały przygotowane w kupkach rozłożonych po całej sypialni jak szczyty Beskidów, jedzenie czekało w lodówce, na kredensie panoszyły się dokumenty, karty do bankomatów, liczne waluty, polisy itp. itd. Fotel był okupowany przez sprzęt biwakowy, a w garażu obok motocykla czekała sterta części zapasowych, kamizelek odblaskowych, kanister… Czyli wszystko jest, ale nic na miejscu. Nie próbowaliśmy nawet w nocy robić cokolwiek, aby być o krok bliżej do wyjazdu. Pewnie i tak połowę rzeczy byśmy zapomnieli. Sprawdziliśmy tylko po raz setny naszą piętnastą chyba listę rzeczy do sprawdzenia. Na pierwszej pozycji pieniądze i dokumenty, wszak bez nich to na miłości daleko byśmy nie ujechali. Na ostatniej sznurówki, których nie udało się kupić. Wykreślamy.
            Kąpiel przy świecach – wiemy co się święci. Trzy tygodnie spania pod namiotem, mycie w przygodnych… no nie burdelach, raczej stacjach benzynowych lub na polach namiotowych. Robactwo, smaganie wiatrem, pot – powrót do natury, eh i to na własne życzenie i za własną, bardzo niemałą, wybraną do ostatnich groszy z kont, gotówkę. Póki co zamykam oczy, chłonę zapach płynu do kąpieli, z namaszczeniem wycieram się w duży (na wyjazd mamy wersję mini), miękki (w bagażu jest szybkoschnący, szorstki) ręcznik. Wszystko odkładam idealnie na miejsce rzeczom przeznaczone. Trochę to dziwne, bo na co dzień jest to trudne i można wtedy znaleźć szczotkę do włosów w najmniej spodziewanych, dziwacznych miejscach.
            Trochę rozdygotani, oboje, choć jedno przed drugim nie chce nic dać poznać, kładziemy się spać, zdecydowanie później niż pierwotnie planowaliśmy. Dobranoc domu, dobranoc kocie, obrażony i śpiący pod łóżkiem. Witaj dniu, od którego wszystko może być lepsze. I ja, i Daniel wiemy, że to wyjazd ratunkowy. Szansa na odpoczynek, odstresowanie, spędzenie ze sobą czasu, tak naprawdę.



niedziela, 10 lipca 2011

sobota, 9 lipca 2011

Prze-twory



Nie nudziłam się ostatnio - posiadanie drzew owocowych wiąże się 1) z paroma dniami wyciętymi z życiorysu 2) wielkim moralnym kacem, jeśli owoców się nie wykorzysta i po protu pozwoli się im zgnić. Wybrałam wersję pierwszą. Soki z czarnej porzeczki i kompoty z wiśni gotowe na zimę ;) Jeszcze przede mną śliwki i borówki amerykańskie, ale to za jakiś czas :) uffff
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...